Ice bucket challenge - oblewanie się kubłem zimnej wody z lodem.
Czyli robienie z siebie durnia na fonii i wizji przez różnych ludzi - tzw., cielębrytów.
Po pierwsze nie jest to żadne wyzwanie, wziąć i chlusnąć na siebie wiadrem wody - owszem może to być działanie pogarszające stan zdrowia osoby, która to robi - szok termiczny.
Ma to być ponadto dowód, że się nie jest sztywniakiem tylko takim wyluzowanym i cool nowocześniakiem.
A cóż to za bzdura.
To jest raczej dowód na to, że się jest idiotą i podąża za stadem innych baranów.
To jest tylko i wyłącznie ogłupianie ludzi i nieistotny "news" medialny.
Jakie może mieć znaczenie, że ktoś, ktokolwiek, oblał się kubłem zimnej wody - to nie ma żadnego znaczenia.
A wyzywanie (niby na pojedynek) następnych "uczestników" tej głupawej zabawy ma za zadanie ośmieszyć kolejną osobę.
To jest taki "łańcuszek św. Antoniego", gdzie jedynym beneficjentem tego wygłupu jest pewna fundacja.
Idiotyzmy pokazywane w mediach sięgają już Himalajów.
Co będzie następne?
Cokolwiek.
Zjedz dżdżownicę, im większa (rosówka) tym lepiej.
Znalazłeś psie gówno na chodniku - dawaj, żryj.
I zdjęcia, filmiki, a w przypadku cielębrytów filmy - full profesional.
This world is totally fugazi
Andrzej.A
"W świetle najnowszych badań historia Polski od 1914 roku winna być napisana od początku" [prof. Paweł Wieczorkiewicz] Obawiam się, że profesor się mylił. Nie tylko historia Polski i nie tylko od 1914, ale historia wszystkich krajów i w praktyce powinniśmy się cofnąć o tysiąc lat i napisać jak było, a nie bajki z mchu i paproci.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
03 września 2014
19 września 2012
Michałki
W TV (wszystkich) królują "michałki".
A konkretnie w głównych wydaniach dzienników wieczornych.
Najbardziej eksploatowanym tematem jest kwestia prawdopodobnego zabójstwa dwojga dzieci przez rodziców zastępczych.
I tak, właśnie tak proszę państwa, to jest MICHAŁEK.
Taki sam michałek jak sprawa małej Madzi z Sosnowca.
Dramat jednostkowy przykrywa dramat ogólnopaństwowy. Tylko, że takich rzeczy dzieje się w Polsce około 3 dziennie. Troje dzieci ginie codziennie w Polsce. Część z nich to uciekinierzy, którzy potem albo sami się znajdują, albo policja (czy te jest policja to ja mam wątpliwości, raczej z powrotem milicja) ich odnajduje i odprowadza do domów, ale duża część z nich rzeczywiście się nigdy nie odnajduje.
W związku z tym jest niezwykle łatwo uzyskać jakąś dramatyczną historię jednostkową a'vista. To po prostu wynika ze statystyki.
Możemy być spokojni, sprawa rodziny zastępczej i prawdopodobnie zamordowanych dzieci będzie gościła na ekranach TV przez długi czas.
A o sprawie kretynki z prokuratury, która na posiedzeniu Krajowej Rady Prokuratury niemalże wywoływała salwy śmiechu, będzie marginalizowana. Identycznie będzie ze sprawą sędziego, który stawał słupka, łasił się i przymilał, żeby tylko jakiś młodszy zastępca starszego patafiana zaraportował o nim gdzieś wyżej, że jest "po linii i na bazie".
O "pomyłkach" przy pochówkach po tragedii z 10-04-2010 również się mówić nie będzie.
A jeśli sprawa rodziny zastępczej z jakichś względów upadnie, upadnie w sensie medialnym, to znajdzie się inna analogiczna sprawa. Jak nie od razu dzisiaj, czy jutro, to najdalej za 4-5 dni coś analogicznego wypłynie. Bo to kwestia statystyki.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
A konkretnie w głównych wydaniach dzienników wieczornych.
Najbardziej eksploatowanym tematem jest kwestia prawdopodobnego zabójstwa dwojga dzieci przez rodziców zastępczych.
I tak, właśnie tak proszę państwa, to jest MICHAŁEK.
Taki sam michałek jak sprawa małej Madzi z Sosnowca.
Dramat jednostkowy przykrywa dramat ogólnopaństwowy. Tylko, że takich rzeczy dzieje się w Polsce około 3 dziennie. Troje dzieci ginie codziennie w Polsce. Część z nich to uciekinierzy, którzy potem albo sami się znajdują, albo policja (czy te jest policja to ja mam wątpliwości, raczej z powrotem milicja) ich odnajduje i odprowadza do domów, ale duża część z nich rzeczywiście się nigdy nie odnajduje.
W związku z tym jest niezwykle łatwo uzyskać jakąś dramatyczną historię jednostkową a'vista. To po prostu wynika ze statystyki.
Możemy być spokojni, sprawa rodziny zastępczej i prawdopodobnie zamordowanych dzieci będzie gościła na ekranach TV przez długi czas.
A o sprawie kretynki z prokuratury, która na posiedzeniu Krajowej Rady Prokuratury niemalże wywoływała salwy śmiechu, będzie marginalizowana. Identycznie będzie ze sprawą sędziego, który stawał słupka, łasił się i przymilał, żeby tylko jakiś młodszy zastępca starszego patafiana zaraportował o nim gdzieś wyżej, że jest "po linii i na bazie".
O "pomyłkach" przy pochówkach po tragedii z 10-04-2010 również się mówić nie będzie.
A jeśli sprawa rodziny zastępczej z jakichś względów upadnie, upadnie w sensie medialnym, to znajdzie się inna analogiczna sprawa. Jak nie od razu dzisiaj, czy jutro, to najdalej za 4-5 dni coś analogicznego wypłynie. Bo to kwestia statystyki.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
29 sierpnia 2012
Skutki
Dwa są ostatnio wydarzenia, które mają olbrzymie znaczenie wizerunkowe dla Polski.
!. Sprawa Amber Gold i Tusków (obu)
2. Sprawa Ramony (Kory) Jackowskiej, Sipowicza i innych celebrytanów
To teraz sobie wyobraźmy co by było, gdyby analogiczne zdarzenia miały miejsce gdzie indziej.
1. Dziecko premiera i/lub prezydenta i/lub kanclerza, uwikłane w analogiczną sytuację. Własna partia by gościa pogoniła. Ta prokuratórwa, która umorzyła to śledztwo, to by więcej pracy w zawodach prawniczych nie dostała, gary by zmywała w garkuchni. Media by wieszały ostatnie zdechłe psy na takim człowieku i jego potomstwie - wyciągano by najgorsze brudy.
Bo to jest news, bo ktoś ze świecznika się skurwił i można go flekować do spodu.
2. Gwiazda muzyki i/lub show businesu i/lub filmowa zostaje przyłapana na ekscesach alkoholowych i/lub narkotykowych.
To samo. A ci, którzy wyjęli ten towar na lotnisku (te 60 gram towaru), to by szukali pracy na śmieciowozie, a nie w służbach. Bo przyjście takiej przesyłki winno być, po wykryciu, monitorowane aż do odebrania. I wtedy Sipowicz nie mógłby pierdolić o 2.8 grama znalezionym w domu, ale miałby na karku 62.8 grama. Ciekawe swoją drogą kto by to odbierał Ramona, czy Kora?
I znów to samo, to jest news, to jest temat, ktoś ze świecznika dał dupy, huzia na niego.
Że to wszystko ku uciesze maluczki - tak to prawda, bo to nie jest problem, że ktoś coś zrobił, tylko problemem jest to, że dał się złapać. A skoro jest na świeczniku, to ma świecić przykładem. Bo przykład ma wyglądać w ten sposób, że ci na piedestale, wszystko jedno czy politycznym czy innym, mają być czyści. A jak powinie im się noga to wypad, spierdalać na drzewo.
No to teraz popuśćmy wodze fantazji. Wyobraźmy sobie, że na skutek różnych czynników najbliższe wybory wygrywa PiS, Jaro zostaje premierem, Kamiński wraz z agentem Tomkiem i innymi wracają do CBA.
I przyjeżdża przedstawiciel jakiegoś dużego koncernu, składa komuś z rządu niedwuznaczną propozycję, że jeśli tu coś się uda urwać z tej koncesji, to ten z rządu może liczyć na takie a nie inne apanaże. A ten ktoś z rządu mówi "wypierdalaj".
Tu następuje ciężkie zdziwienie przedstawiciela koncernu, bo przecież wszystkie raporty, które otrzymał uprzednio mówiły wyraźnie, że w Polsce tak się załatwia interesy. Przedstawiciel dzwoni do centrali, mówi co go spotkało. Szef koncernu łapie za telefon, dzwoni do kogoś z administracji swojego rządu i mówi "jesteście durniami, wasze raporty są o kant dupy potłuc, w Polsce nic nie można załatwić". Człowiek z administracji zwołuje konferencję prasową, na której wygłasza tekst, że "w Polsce panują takie warunki, że nic, kompletnie nic, żadnych interesów robić nie można, kompletna dzicz."
Analogia z punktem drugim.
Przyjeżdża celebryta, który ma taką skłonność, że lubi tylko 13-14 latki. Zostaje złapany. Podawał swoim ofiarom kokę, uprawiał z nimi seks. I nagle chlast, wpada brygada antyterrorystyczna i gościa zwijają.
Następnego dnia w jednym z poczytnych dzienników na zachód od Odry ukazuje się artykuł, o tym, że niewinny celebryta został zwabiony przez matki nieletnich cichodajek i w ten sposób najpewniej będzie się usiłować od niego wydębić jakieś pieniądze. Ach ci polaczkowie, własne córki do burdeli sprzedają byle parę złotych wyciągnąć.
I to jest główny problem wizerunkowy, jaki zaciążył nad nami jako Narodem. Nie to, że premierowicz dostawał jakąś tam gażę (zresztą nie wiadomo jaką) czy że tleniona idiotka wraz ze swoim siwiejącym przydupasem używają narkotyków. Problemem jest to, że im wolno więcej.
Podczas gdy gdzie indziej każde najdrobniejsze uchybienie dla takich ludzi ze świecznika kończy się końcem kariery.
A prokuratórwy i sędzikórwy temu przyklasną. Umorzą śledztwo, dadzą wyroki w zawieszeniu, albo jeszcze inny patent wykoncypują. W ostateczności pozostaje ułaskawienie w wykonaniu Bredzisława Ortografa.
Nawet bantustan, czy inna republika bananowa dba lepiej o swój status i swoich obywateli niż ten rząd i ten "p.rezydent" o swoich.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
!. Sprawa Amber Gold i Tusków (obu)
2. Sprawa Ramony (Kory) Jackowskiej, Sipowicza i innych celebrytanów
To teraz sobie wyobraźmy co by było, gdyby analogiczne zdarzenia miały miejsce gdzie indziej.
1. Dziecko premiera i/lub prezydenta i/lub kanclerza, uwikłane w analogiczną sytuację. Własna partia by gościa pogoniła. Ta prokuratórwa, która umorzyła to śledztwo, to by więcej pracy w zawodach prawniczych nie dostała, gary by zmywała w garkuchni. Media by wieszały ostatnie zdechłe psy na takim człowieku i jego potomstwie - wyciągano by najgorsze brudy.
Bo to jest news, bo ktoś ze świecznika się skurwił i można go flekować do spodu.
2. Gwiazda muzyki i/lub show businesu i/lub filmowa zostaje przyłapana na ekscesach alkoholowych i/lub narkotykowych.
To samo. A ci, którzy wyjęli ten towar na lotnisku (te 60 gram towaru), to by szukali pracy na śmieciowozie, a nie w służbach. Bo przyjście takiej przesyłki winno być, po wykryciu, monitorowane aż do odebrania. I wtedy Sipowicz nie mógłby pierdolić o 2.8 grama znalezionym w domu, ale miałby na karku 62.8 grama. Ciekawe swoją drogą kto by to odbierał Ramona, czy Kora?
I znów to samo, to jest news, to jest temat, ktoś ze świecznika dał dupy, huzia na niego.
Że to wszystko ku uciesze maluczki - tak to prawda, bo to nie jest problem, że ktoś coś zrobił, tylko problemem jest to, że dał się złapać. A skoro jest na świeczniku, to ma świecić przykładem. Bo przykład ma wyglądać w ten sposób, że ci na piedestale, wszystko jedno czy politycznym czy innym, mają być czyści. A jak powinie im się noga to wypad, spierdalać na drzewo.
No to teraz popuśćmy wodze fantazji. Wyobraźmy sobie, że na skutek różnych czynników najbliższe wybory wygrywa PiS, Jaro zostaje premierem, Kamiński wraz z agentem Tomkiem i innymi wracają do CBA.
I przyjeżdża przedstawiciel jakiegoś dużego koncernu, składa komuś z rządu niedwuznaczną propozycję, że jeśli tu coś się uda urwać z tej koncesji, to ten z rządu może liczyć na takie a nie inne apanaże. A ten ktoś z rządu mówi "wypierdalaj".
Tu następuje ciężkie zdziwienie przedstawiciela koncernu, bo przecież wszystkie raporty, które otrzymał uprzednio mówiły wyraźnie, że w Polsce tak się załatwia interesy. Przedstawiciel dzwoni do centrali, mówi co go spotkało. Szef koncernu łapie za telefon, dzwoni do kogoś z administracji swojego rządu i mówi "jesteście durniami, wasze raporty są o kant dupy potłuc, w Polsce nic nie można załatwić". Człowiek z administracji zwołuje konferencję prasową, na której wygłasza tekst, że "w Polsce panują takie warunki, że nic, kompletnie nic, żadnych interesów robić nie można, kompletna dzicz."
Analogia z punktem drugim.
Przyjeżdża celebryta, który ma taką skłonność, że lubi tylko 13-14 latki. Zostaje złapany. Podawał swoim ofiarom kokę, uprawiał z nimi seks. I nagle chlast, wpada brygada antyterrorystyczna i gościa zwijają.
Następnego dnia w jednym z poczytnych dzienników na zachód od Odry ukazuje się artykuł, o tym, że niewinny celebryta został zwabiony przez matki nieletnich cichodajek i w ten sposób najpewniej będzie się usiłować od niego wydębić jakieś pieniądze. Ach ci polaczkowie, własne córki do burdeli sprzedają byle parę złotych wyciągnąć.
I to jest główny problem wizerunkowy, jaki zaciążył nad nami jako Narodem. Nie to, że premierowicz dostawał jakąś tam gażę (zresztą nie wiadomo jaką) czy że tleniona idiotka wraz ze swoim siwiejącym przydupasem używają narkotyków. Problemem jest to, że im wolno więcej.
Podczas gdy gdzie indziej każde najdrobniejsze uchybienie dla takich ludzi ze świecznika kończy się końcem kariery.
A prokuratórwy i sędzikórwy temu przyklasną. Umorzą śledztwo, dadzą wyroki w zawieszeniu, albo jeszcze inny patent wykoncypują. W ostateczności pozostaje ułaskawienie w wykonaniu Bredzisława Ortografa.
Nawet bantustan, czy inna republika bananowa dba lepiej o swój status i swoich obywateli niż ten rząd i ten "p.rezydent" o swoich.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
09 sierpnia 2012
Wiara w cuda
To jest to samo. Taka sama wiara w cuda. To znaczy oczywiście w sensie psychologicznym (jednostkowym) jak i socjologicznym (zbiorowości).
Wiara w to, że firma Amber Gold przyniesie zyski jak i wiara w PO, że "załatwi" coś tam, coś tam (tu każdy podkłada sobie to co mu wygodne), jest tym samym.
Gówno opakowane w ładny, kolorowy papierek. Te same bilboardy, te same schematy oddziaływania. Skutki zresztą takie same.
Pozostaje jeden problem - problem wyparcia ze świadomości straty. Bo jednak trudno wyprzeć ze świadomości stratę kilkudziesięciu tysięcy złotych. Dużo łatwiej wyprzeć ze świadomości afery, które są udziałem obecnej ekipy rządowej. Zwłaszcza, że media to ułatwiają w codziennym przekazie.
Jeżeli jednak połączymy pewne elementy, to musimy dojść do wniosku, że Amber Gold jest produktem systemowym, a nie żadnym ekscesem, które zdarzają się również gdzie indziej.
Bo jeśli KNF nie była w stanie przekonać prokuratury przez trzy lata (tak podają media), że AG działa wbrew prawu to znaczy tylko jedno. AG, to nie była firma założona przez człowieka z ulicy. To firma, która musiała mieć ochronę polityczną. Na tyle silną, że prokuratura bała się ich ruszyć.
Ciekawe skądinąd czym zakończy się działanie analogicznej jak AG firmy, czyli Finroyal. Bo przecież to jest to samo, chociaż o tej firmie jest jakby trochę ciszej.
Cuda, obiecywane w swoim czasie przez obecnego premiera, właśnie się realizują.
Ciepłej wody w kranach też pewnie niedługo zabraknie. Jak dobrze pójdzie to jeszcze tej zimy.
Ciągi przyczynowo skutkowe, które są oczywiste, przedstawia się w mediach jako oszołomstwo i teorie spiskowe. Dobrze ubrany idiota wychodzi i mówi do ludzi: "wierzcie mnie, a nie temu co sami widzicie" i ludzie wierzą. Zresztą chyba nie idiota, tylko cwany kuglarz potrafiący grać na ludzkich słabościach. A te słabości to również to, jaką pracę i za jakie pieniądze ci ludzie wykonują. To poziom wykształcenia, który jest stale obniżany.
I wiara w cuda staje się obowiązującą dla sporej części ludzi.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Wiara w to, że firma Amber Gold przyniesie zyski jak i wiara w PO, że "załatwi" coś tam, coś tam (tu każdy podkłada sobie to co mu wygodne), jest tym samym.
Gówno opakowane w ładny, kolorowy papierek. Te same bilboardy, te same schematy oddziaływania. Skutki zresztą takie same.
Pozostaje jeden problem - problem wyparcia ze świadomości straty. Bo jednak trudno wyprzeć ze świadomości stratę kilkudziesięciu tysięcy złotych. Dużo łatwiej wyprzeć ze świadomości afery, które są udziałem obecnej ekipy rządowej. Zwłaszcza, że media to ułatwiają w codziennym przekazie.
Jeżeli jednak połączymy pewne elementy, to musimy dojść do wniosku, że Amber Gold jest produktem systemowym, a nie żadnym ekscesem, które zdarzają się również gdzie indziej.
Bo jeśli KNF nie była w stanie przekonać prokuratury przez trzy lata (tak podają media), że AG działa wbrew prawu to znaczy tylko jedno. AG, to nie była firma założona przez człowieka z ulicy. To firma, która musiała mieć ochronę polityczną. Na tyle silną, że prokuratura bała się ich ruszyć.
Ciekawe skądinąd czym zakończy się działanie analogicznej jak AG firmy, czyli Finroyal. Bo przecież to jest to samo, chociaż o tej firmie jest jakby trochę ciszej.
Cuda, obiecywane w swoim czasie przez obecnego premiera, właśnie się realizują.
Ciepłej wody w kranach też pewnie niedługo zabraknie. Jak dobrze pójdzie to jeszcze tej zimy.
Ciągi przyczynowo skutkowe, które są oczywiste, przedstawia się w mediach jako oszołomstwo i teorie spiskowe. Dobrze ubrany idiota wychodzi i mówi do ludzi: "wierzcie mnie, a nie temu co sami widzicie" i ludzie wierzą. Zresztą chyba nie idiota, tylko cwany kuglarz potrafiący grać na ludzkich słabościach. A te słabości to również to, jaką pracę i za jakie pieniądze ci ludzie wykonują. To poziom wykształcenia, który jest stale obniżany.
I wiara w cuda staje się obowiązującą dla sporej części ludzi.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
22 maja 2012
Obieg informacji
W latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych obieg informacji pomiędzy Polską i resztą świata był zaburzony. Zaburzenie polegało między innymi na tym, że korespondent Washington Post (nazwiska nie pamiętam) był synem człowieka, który razem z Ozjaszem Szechterem siedział w pierdlu za II RP. Czy za ten sam kaliber czynów, to tego niestety nie wiem.
Natomiast wiadomo jedno. Gdy tenże korespondent chciał nadać jakąś informację, depeszę, czy opinię to szedł po to do Adama Michnika jako swego najważniejszego źródła wiedzy o Polsce i Polakach. Skutki znamy.
Tak się zresztą działo nie tylko w stanie wojennym i za komuny, gdzie w sumie coś takiego było jednak w jakimś tam zakresie zrozumiałe. Ale tak się działo również po roku 1989 i nie dotyczyło to tylko tego jednego korespondenta tej jednej gazety.
Wydaje się, że w chwili obecnej rzecz weszła na wyższy stopień "zażyłości". Już nie reporterzy gazet i agencji informacyjnych idą do swoich zaprzyjaźnionych źródeł wśród establisz - mętu III RP, ale wręcz kreują informacje, które następnie powtórzone przez media w Polsce mają kształtować postawy naszych współobywateli.
Oto doczekaliśmy się niezwykle rzadkiego przypadku, gdy zagraniczne medium chwali Polskę i Polaków. Tutaj (źródło) możemy sobie poczytać co Der Spiegel pisze na temat Polski. Jest to niezwykle rzadki przypadek chwalenia Polski za "sukcesy w transformacji i postępie".
Po wielu latach wbijania w glebę, tej swoistej pedagogiki wstydu aplikowanej naszym rodakom taki tekst, powtórzony ponadto bez żadnych ozdobników, w medium w Polsce musi budzić zdziwienie jeśli nie wręcz podejrzenie.
Poprzednio tak silne oddziaływanie na Polskę i Polaków miało miejsce tuż przed przyspieszonymi wyborami w 2007 roku. Słynna "koalicja 21 października", która w dużej części była sponsorowana przez stronę niemiecką była wcześniejszym przykładem takiego oddziaływania medialnego na nasz Naród.
W tekście można wyczytać pewne passusy, które wprost antagonizują Polskę i Ukrainę. Tu muszę poczynić pewne zastrzeżenie, że ponieważ nie znam języka niemieckiego, to posługuję się tym co jest dostępne w tłumaczeniu i nie mam możliwości weryfikacji zgodności tego tekstu z oryginałem.
Cieszmy się i radujmy, poklepali nas po plecach, uznali za prymusa.
Czyżby?
A może jednak jest tak, że niemiecka gazeta realizuje politykę rządu Niemiec i niemieckiego Narodu, w przeciwieństwie do polskojęzycznych mediów nad Wisłą, które w segmencie prasy kolorowej należą w 80 procentach właśnie do niemieckich firm.
Że o innej gazecie, która zamieściła w swoim czasie olbrzymi tytuł: "JEROZOLIMA NASZA", podczas gdy jako żywo w tamtym momencie żadne wojska z Polski nie wkraczały do Jerozolimy. To czyi interes, jakiego Narodu realizuje i wspiera taka gazeta? Ale to w sumie oboczność tego tekstu.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Natomiast wiadomo jedno. Gdy tenże korespondent chciał nadać jakąś informację, depeszę, czy opinię to szedł po to do Adama Michnika jako swego najważniejszego źródła wiedzy o Polsce i Polakach. Skutki znamy.
Tak się zresztą działo nie tylko w stanie wojennym i za komuny, gdzie w sumie coś takiego było jednak w jakimś tam zakresie zrozumiałe. Ale tak się działo również po roku 1989 i nie dotyczyło to tylko tego jednego korespondenta tej jednej gazety.
Wydaje się, że w chwili obecnej rzecz weszła na wyższy stopień "zażyłości". Już nie reporterzy gazet i agencji informacyjnych idą do swoich zaprzyjaźnionych źródeł wśród establisz - mętu III RP, ale wręcz kreują informacje, które następnie powtórzone przez media w Polsce mają kształtować postawy naszych współobywateli.
Oto doczekaliśmy się niezwykle rzadkiego przypadku, gdy zagraniczne medium chwali Polskę i Polaków. Tutaj (źródło) możemy sobie poczytać co Der Spiegel pisze na temat Polski. Jest to niezwykle rzadki przypadek chwalenia Polski za "sukcesy w transformacji i postępie".
Po wielu latach wbijania w glebę, tej swoistej pedagogiki wstydu aplikowanej naszym rodakom taki tekst, powtórzony ponadto bez żadnych ozdobników, w medium w Polsce musi budzić zdziwienie jeśli nie wręcz podejrzenie.
Poprzednio tak silne oddziaływanie na Polskę i Polaków miało miejsce tuż przed przyspieszonymi wyborami w 2007 roku. Słynna "koalicja 21 października", która w dużej części była sponsorowana przez stronę niemiecką była wcześniejszym przykładem takiego oddziaływania medialnego na nasz Naród.
W tekście można wyczytać pewne passusy, które wprost antagonizują Polskę i Ukrainę. Tu muszę poczynić pewne zastrzeżenie, że ponieważ nie znam języka niemieckiego, to posługuję się tym co jest dostępne w tłumaczeniu i nie mam możliwości weryfikacji zgodności tego tekstu z oryginałem.
Cieszmy się i radujmy, poklepali nas po plecach, uznali za prymusa.
Czyżby?
A może jednak jest tak, że niemiecka gazeta realizuje politykę rządu Niemiec i niemieckiego Narodu, w przeciwieństwie do polskojęzycznych mediów nad Wisłą, które w segmencie prasy kolorowej należą w 80 procentach właśnie do niemieckich firm.
Że o innej gazecie, która zamieściła w swoim czasie olbrzymi tytuł: "JEROZOLIMA NASZA", podczas gdy jako żywo w tamtym momencie żadne wojska z Polski nie wkraczały do Jerozolimy. To czyi interes, jakiego Narodu realizuje i wspiera taka gazeta? Ale to w sumie oboczność tego tekstu.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Etykiety:
informacje,
media,
mediokracja,
obieg informacji,
system medialny
13 kwietnia 2012
Pojawia się kilka ciekawych kwestii
Kwestia pierwsza.
Przedterminowe wybory.
Rzecz, której jak sądzę Tusk i PO się boją. Natomiast system panujący czyli służby + media mogą dążyć do tego aby Tusk odszedł. Bo Tusk stał się balastem. Jest wprawdzie zwornikiem, który utrzymuje spójność PO, ale stał się równocześnie balastem.
Dla systemu panującego każdy następny dzień Tuska na stanowisku premiera, każde TAKIE wystąpienie w sejmie stwarza potencjalne niebezpieczeństwo przebudzania się kolejnych ludzi. Bo rzeczywistości nie da się zakrzyczeć.
Sytuacja przypomina klincz.
Bo z jednaj strony najchętniej spławiono by chętnie Tuska, z mściwą satysfakcją Schetyny, a z drugie nie bardzo można to zrobić.
Istnieje realne zagrożenie, że Tusk może dostać taką kawę jak poseł Gruszka, a być może nawet lepszą (bardziej skuteczną).
Kwestia druga.
Potencjalny następca Tuska.
Tu zmiana jest możliwa na Schetynę, czyli zmiana premiera bez nowych wyborów. Co jest bardzo pociągające zarówno dla samego Schetyny jak i dla systemu panującego, ale stwarza pewien problem. Otóż Schetyna nie jest aż tak medialny jak Tusk. Ma kłopoty z artykulacją. może Gowin, ale Gowin jak się zdaje jest zbyt słabo zmoczony ażeby był sterowalny. W przypadku rozwiązania siłowego czyli po prostu śmierci Tuska - co wydaje się w chwili obecnej najsensowniejszym rozwiązaniem, kwestia schedy będzie bardzo prosta. Można domniemywać, że w chwili obecnej trwają intensywne prace nad nowym przyszłym premierem.
Kwestia trzecia.
Liczebność elektoratu PO.
Podobno w Polsce jest 500 tysięcy etatów w szeroko rozumianej administracji. Okazuje się jednak, że ludzi uzależnionych od strumyczka pieniędzy kierowanego przez rząd może być nawet dwa razy więcej. Bo poza tymi, którzy są na etatach (te 500 tysięcy), drugie tyle jest zatrudnionych na "umowach śmieciowych", które już takie śmieciowe nie są, gdy uposażenie przekracza pewne wartości. Tych ludzi razem z rodzinami jest od trzech do pięciu milionów.
I trzeba sobie jasno powiedzieć, że ci ludzie nie zagłosują nigdy na PiS, ani na żadną inną partię, która będzie miała na sztandarach kwestię rozliczeń. Bo po pierwsze i ostatnie ci ludzie doskonale sobie zdają sprawę z tego, że najzwyczajniej w świecie okradają swoich współobywateli. Boją się więc potencjalnej odpowiedzialności, a ponadto nigdy by sobie nie poradzili w warunkach wolnej konkurencji - to jest właśnie klientelizm i etatyzm (o który to etatyzm tak chętnie oskarża się Kaczyńskiego). Ci ludzie mogą co najwyżej nie pójść na wybory, ale jeśli media po raz kolejny podniosą wrzask, że grozi nam powrót Kaczyzmu - Macierewizmu, to oni na wybory pójdą. Pójdą i zagłosują na ta partię, która aktualnie będzie wskazana przez system panujący.
Kwestia czwarta.
Liczebność niedowiarków.
Wartość ta wzrasta, kto ciekaw ten niech sięgnie do publikowanych danych statystycznych z zeszłego roku, gdzie liczba osób wierzących w brednie raportu MAK i komisji Millera była blisko dwukrotnie większa niż obecnie. To dlatego zmieniono lekko przekaz medialny. Już nie chamskie zakrzykiwanie w mediach, ale delikatne zwrócenie się w kierunku tej grupy z wyraźną intencją żeby tych ludzi jakoś zagospodarować. Tu słowem kluczem jest RACJONALNOŚĆ.
Obecnie raport MAK w praktyce nie istnieje w przekazie medialnym, czyli ci, którzy tym przekazem zawiadują zdają sobie doskonale sprawę z tego, że tam są powypisywane brednie.
To dlatego też wyciągnięto na zwierzenia Aleksandra Smolara, który mówił o "tłumie", "groźnym tłumie". Fraza o "antysemickim tłumie" jeszcze nie pada, ale wszystko przed nami. Tak ten tłum dla Smolara oraz jego krewnych i znajomych jest groźny, bo najchętniej by ich pogonił od żłoba, na co jak wiadomo nikt nie ma ochoty.
P.S.
Ten wpis jest w pewnym zakresie kontynuacją tego tekstu: poprzedni tekst na ten temat
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Przedterminowe wybory.
Rzecz, której jak sądzę Tusk i PO się boją. Natomiast system panujący czyli służby + media mogą dążyć do tego aby Tusk odszedł. Bo Tusk stał się balastem. Jest wprawdzie zwornikiem, który utrzymuje spójność PO, ale stał się równocześnie balastem.
Dla systemu panującego każdy następny dzień Tuska na stanowisku premiera, każde TAKIE wystąpienie w sejmie stwarza potencjalne niebezpieczeństwo przebudzania się kolejnych ludzi. Bo rzeczywistości nie da się zakrzyczeć.
Sytuacja przypomina klincz.
Bo z jednaj strony najchętniej spławiono by chętnie Tuska, z mściwą satysfakcją Schetyny, a z drugie nie bardzo można to zrobić.
Istnieje realne zagrożenie, że Tusk może dostać taką kawę jak poseł Gruszka, a być może nawet lepszą (bardziej skuteczną).
Kwestia druga.
Potencjalny następca Tuska.
Tu zmiana jest możliwa na Schetynę, czyli zmiana premiera bez nowych wyborów. Co jest bardzo pociągające zarówno dla samego Schetyny jak i dla systemu panującego, ale stwarza pewien problem. Otóż Schetyna nie jest aż tak medialny jak Tusk. Ma kłopoty z artykulacją. może Gowin, ale Gowin jak się zdaje jest zbyt słabo zmoczony ażeby był sterowalny. W przypadku rozwiązania siłowego czyli po prostu śmierci Tuska - co wydaje się w chwili obecnej najsensowniejszym rozwiązaniem, kwestia schedy będzie bardzo prosta. Można domniemywać, że w chwili obecnej trwają intensywne prace nad nowym przyszłym premierem.
Kwestia trzecia.
Liczebność elektoratu PO.
Podobno w Polsce jest 500 tysięcy etatów w szeroko rozumianej administracji. Okazuje się jednak, że ludzi uzależnionych od strumyczka pieniędzy kierowanego przez rząd może być nawet dwa razy więcej. Bo poza tymi, którzy są na etatach (te 500 tysięcy), drugie tyle jest zatrudnionych na "umowach śmieciowych", które już takie śmieciowe nie są, gdy uposażenie przekracza pewne wartości. Tych ludzi razem z rodzinami jest od trzech do pięciu milionów.
I trzeba sobie jasno powiedzieć, że ci ludzie nie zagłosują nigdy na PiS, ani na żadną inną partię, która będzie miała na sztandarach kwestię rozliczeń. Bo po pierwsze i ostatnie ci ludzie doskonale sobie zdają sprawę z tego, że najzwyczajniej w świecie okradają swoich współobywateli. Boją się więc potencjalnej odpowiedzialności, a ponadto nigdy by sobie nie poradzili w warunkach wolnej konkurencji - to jest właśnie klientelizm i etatyzm (o który to etatyzm tak chętnie oskarża się Kaczyńskiego). Ci ludzie mogą co najwyżej nie pójść na wybory, ale jeśli media po raz kolejny podniosą wrzask, że grozi nam powrót Kaczyzmu - Macierewizmu, to oni na wybory pójdą. Pójdą i zagłosują na ta partię, która aktualnie będzie wskazana przez system panujący.
Kwestia czwarta.
Liczebność niedowiarków.
Wartość ta wzrasta, kto ciekaw ten niech sięgnie do publikowanych danych statystycznych z zeszłego roku, gdzie liczba osób wierzących w brednie raportu MAK i komisji Millera była blisko dwukrotnie większa niż obecnie. To dlatego zmieniono lekko przekaz medialny. Już nie chamskie zakrzykiwanie w mediach, ale delikatne zwrócenie się w kierunku tej grupy z wyraźną intencją żeby tych ludzi jakoś zagospodarować. Tu słowem kluczem jest RACJONALNOŚĆ.
Obecnie raport MAK w praktyce nie istnieje w przekazie medialnym, czyli ci, którzy tym przekazem zawiadują zdają sobie doskonale sprawę z tego, że tam są powypisywane brednie.
To dlatego też wyciągnięto na zwierzenia Aleksandra Smolara, który mówił o "tłumie", "groźnym tłumie". Fraza o "antysemickim tłumie" jeszcze nie pada, ale wszystko przed nami. Tak ten tłum dla Smolara oraz jego krewnych i znajomych jest groźny, bo najchętniej by ich pogonił od żłoba, na co jak wiadomo nikt nie ma ochoty.
P.S.
Ten wpis jest w pewnym zakresie kontynuacją tego tekstu: poprzedni tekst na ten temat
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
11 kwietnia 2012
Lawina ruszyła
I chyba nabiera rozpędu.
Wczorajsze obchody II rocznicy tragedii pod Smoleńskiem tego dobitnie dowodzą.
Nie dało się zakrzyczeć tych obchodów sprawą małej Magdy z Sosnowca, ani wyczynami jej matki i "detektywa" Krzysztofa R.
To może nie był tak spektakularny marsz jak w dniu 11-11-2011, ale tych marszów i innych zgromadzeń było dużo na terenie całej Polski. Ludzie pamiętają i to jest najważniejsze.
Tu wypada się odnieść do wywiadów - wykładów jakie są dostępne w internecie z udziałem Barbary Fedyszak - Radziejowskiej.
Tutaj oraz tutaj BFR dość dokładnie konstruuje obraz socjologiczny naszego społeczeństwa. Zwraca również uwagę, że społeczeństwo nie dało się zamknąć w klatce z napisem "oszołomy" chociaż tego próbowano i nadal próbuje się dokonać. Ważnym elementem były również te wszystkie marsze w obronie Telewizji Trwam, a właściwie w obronie wolności słowa. Bo to nie tylko TV Trwam jest i była zagrożona. Bo zagrożony jest normalny przekaz medialny jaki powinien móc dotrzeć do każdego obywatela w naszym kraju. I dopiero tenże obywatel winien podjąć na końcu decyzję czy ufa przekazowi z Czerskiej/Wiertniczej, czy też temu który płynie z Torunia. To skądinąd jest arcyciekawa sytuacja, bo ja rozumiem, że ktoś może nie być nadmiernie religijny, być wręcz agnostykiem lub ateistą. Ale wiadomości przekazywane przez TV Trwam są po prostu inne. Inne elementy są tu uznawane za ważne, a niektóre elementy przekazu są takie, że gdzie indziej ich zobaczyć nie można.
Czyli nawet osoba nie mająca nic wspólnego z Kościołem Katolickim w Polsce winna z przyczyn zdroworozsądkowych oglądać również przekaz informacyjny płynący z Torunia.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Wczorajsze obchody II rocznicy tragedii pod Smoleńskiem tego dobitnie dowodzą.
Nie dało się zakrzyczeć tych obchodów sprawą małej Magdy z Sosnowca, ani wyczynami jej matki i "detektywa" Krzysztofa R.
To może nie był tak spektakularny marsz jak w dniu 11-11-2011, ale tych marszów i innych zgromadzeń było dużo na terenie całej Polski. Ludzie pamiętają i to jest najważniejsze.
Tu wypada się odnieść do wywiadów - wykładów jakie są dostępne w internecie z udziałem Barbary Fedyszak - Radziejowskiej.
Tutaj oraz tutaj BFR dość dokładnie konstruuje obraz socjologiczny naszego społeczeństwa. Zwraca również uwagę, że społeczeństwo nie dało się zamknąć w klatce z napisem "oszołomy" chociaż tego próbowano i nadal próbuje się dokonać. Ważnym elementem były również te wszystkie marsze w obronie Telewizji Trwam, a właściwie w obronie wolności słowa. Bo to nie tylko TV Trwam jest i była zagrożona. Bo zagrożony jest normalny przekaz medialny jaki powinien móc dotrzeć do każdego obywatela w naszym kraju. I dopiero tenże obywatel winien podjąć na końcu decyzję czy ufa przekazowi z Czerskiej/Wiertniczej, czy też temu który płynie z Torunia. To skądinąd jest arcyciekawa sytuacja, bo ja rozumiem, że ktoś może nie być nadmiernie religijny, być wręcz agnostykiem lub ateistą. Ale wiadomości przekazywane przez TV Trwam są po prostu inne. Inne elementy są tu uznawane za ważne, a niektóre elementy przekazu są takie, że gdzie indziej ich zobaczyć nie można.
Czyli nawet osoba nie mająca nic wspólnego z Kościołem Katolickim w Polsce winna z przyczyn zdroworozsądkowych oglądać również przekaz informacyjny płynący z Torunia.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Etykiety:
GW,
media,
mediokracja,
Smoleńsk,
społeczeństwo,
społeczeństwo obywatelskie,
TV Trwam,
TVN
05 kwietnia 2012
Wywiad z osobą publiczną
Źródło: Melchior Wańkowicz "Tędy i Owędy"
Wańkowicz nie widząc się na oczy z premierem przesłał do autoryzacji tekst, w którym były nawet opisane niewerbalne zachowania urzędującego szefa rządu.
Na przykład takie: "Premier uśmiechnął się i kontynuował swoją wypowiedź", lub w innym miejscu: " Premier błagalnie wzniósł oczy do Nieba słysząc takie pytanie".
Wańkowicz po kilku dniach otrzymał swój "wywiad" z powrotem podpisany, z wyrażoną zgodą na publikację, bez jednego skreślenia.
Ciekaw jestem ilu obecnych adeptów szkoły imienia Melchiora Wańkowicza ma na swoim koncie przeczytanie właśnie tej książki. Bo sądzę, że mało kto. Podejrzewam nawet, że spośród tych, którzy w tej chwili uczestniczą w bijatyce wokół "wywiadu" z europosłem Bielanem też tej pozycji nie czytali, lub zapomnieli o niej. O zawartej w tej książce całej wiedzy jaką Wańkowicz miał. Całej jego erudycji, której brakuje wszystkim obecnym dziennikarzom. Całej kindersztubie jaką ten wybitny człowiek posiadał.
Nie do pomyślenia jest dla mnie, żeby w obecności Wańkowicza ktoś, ktokolwiek, śmiał przytoczyć maksymę "pacta sund servanta", i żeby mu w ułamku sekundy Wańkowicz nie dopowiedział "a rebus sint stantibus". A teraz nikt nie potrafił tego zrobić.
Pogoń za sensacją, chęcią dokopania przeciwnikowi politycznemu, oto główny cel i sens dziennikarstwa wyrażanego przez takie persony jak Lis, Żakowski, Torańska, Olejnik i wielu innych mniejszych i pomniejszych łobuzów (bo nie adeptów) dziennikarstwa polskiego.
I to podpieranie się prawnikami, kancelariami prawnymi - ŻENADA.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Wańkowicz nie widząc się na oczy z premierem przesłał do autoryzacji tekst, w którym były nawet opisane niewerbalne zachowania urzędującego szefa rządu.
Na przykład takie: "Premier uśmiechnął się i kontynuował swoją wypowiedź", lub w innym miejscu: " Premier błagalnie wzniósł oczy do Nieba słysząc takie pytanie".
Wańkowicz po kilku dniach otrzymał swój "wywiad" z powrotem podpisany, z wyrażoną zgodą na publikację, bez jednego skreślenia.
Ciekaw jestem ilu obecnych adeptów szkoły imienia Melchiora Wańkowicza ma na swoim koncie przeczytanie właśnie tej książki. Bo sądzę, że mało kto. Podejrzewam nawet, że spośród tych, którzy w tej chwili uczestniczą w bijatyce wokół "wywiadu" z europosłem Bielanem też tej pozycji nie czytali, lub zapomnieli o niej. O zawartej w tej książce całej wiedzy jaką Wańkowicz miał. Całej jego erudycji, której brakuje wszystkim obecnym dziennikarzom. Całej kindersztubie jaką ten wybitny człowiek posiadał.
Nie do pomyślenia jest dla mnie, żeby w obecności Wańkowicza ktoś, ktokolwiek, śmiał przytoczyć maksymę "pacta sund servanta", i żeby mu w ułamku sekundy Wańkowicz nie dopowiedział "a rebus sint stantibus". A teraz nikt nie potrafił tego zrobić.
Pogoń za sensacją, chęcią dokopania przeciwnikowi politycznemu, oto główny cel i sens dziennikarstwa wyrażanego przez takie persony jak Lis, Żakowski, Torańska, Olejnik i wielu innych mniejszych i pomniejszych łobuzów (bo nie adeptów) dziennikarstwa polskiego.
I to podpieranie się prawnikami, kancelariami prawnymi - ŻENADA.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Etykiety:
Bielan,
media,
mediokracja,
system medialny,
Wańkowicz
03 kwietnia 2012
Jeszcze raz Barbara Fedyszak - Radziejowska
Tu (źródło) można po raz kolejny wysłuchać rozmowy - wykładu jaki prowadzi BFR.
Te słowa wprawdzie z ust BFR nie padają, ale konstatacja i porównanie narzuca się samo.
To nie jest normalna propaganda, to nie jest nawet propaganda w państwie totalitarnym - to jeszcze słowa BFR. To jest na bardzo głębokim poziomie psychomanipulacja, na poziomie najbardziej podstawowym, najbardziej prymitywnym - to nadal mówi BFR.
I tu oczywiste wnioski jakie z tej wypowiedzi BFR wynikają, chociaż prelegentka sama ich nie formułuje.
To jest po prostu jak szkolenie propagandowe w Niemczech Hitlera adeptów Hitlerjugend i SS, jak szkolenie propagandowe pionierów i bezprizornych w Rosji Stalina.
Wy, wy jesteście ludźmi i wręcz nadludźmi, a ci inni, ta hołota, ten motłoch, to bydło nie ma nic do gadania. A nawet jak ktoś z tej mierzwy, która się nie chce dostosować do nowych czasów coś powie, to jest to nieważna, głupie i obciachowe w założeniach. Choćby powiedział rzecz najbardziej oczywistą i prawdziwą, to racji mieć nie może.
Taki jest ten przekaz medialny, tak skonstruowany.
To nie jest normalne.
BFR mówi ponadto, że jednak pewna część społeczeństwa podjęła trud walki z tym przekazem. Nie pozwoliła się zamknąć w getcie wykluczenia, w getcie nienormalnych (bo media głównego nutu tak traktują te poglądy), ale wyszła na ulice i zaprotestowała.
To dlatego TV Trwam nie może dostać koncesji na nadawanie cyfrowe, bo każdy jeden wywiad, wykład czy rozmowa w TV Trwam zaburza przekaz mainstreamu. Bo każde jedne wiadomości w TV Trwam są inne niż w mainstreamowych mediach - dotykają innych spraw. To jest zbyt duże ryzyko dla "układu".
Tak, BFR użyła tego słowa również "UKŁAD" rządzi i nie chce żeby cokolwiek go usunęło.
Ważne: poprzedni wpis na ten temat z opisem innego wystąpienia BFR - (tutaj). Sadzę, że obu tych wykładów - wywiadów należy wysłuchać jednocześnie i traktować je jako jeden spójny.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Te słowa wprawdzie z ust BFR nie padają, ale konstatacja i porównanie narzuca się samo.
To nie jest normalna propaganda, to nie jest nawet propaganda w państwie totalitarnym - to jeszcze słowa BFR. To jest na bardzo głębokim poziomie psychomanipulacja, na poziomie najbardziej podstawowym, najbardziej prymitywnym - to nadal mówi BFR.
I tu oczywiste wnioski jakie z tej wypowiedzi BFR wynikają, chociaż prelegentka sama ich nie formułuje.
To jest po prostu jak szkolenie propagandowe w Niemczech Hitlera adeptów Hitlerjugend i SS, jak szkolenie propagandowe pionierów i bezprizornych w Rosji Stalina.
Wy, wy jesteście ludźmi i wręcz nadludźmi, a ci inni, ta hołota, ten motłoch, to bydło nie ma nic do gadania. A nawet jak ktoś z tej mierzwy, która się nie chce dostosować do nowych czasów coś powie, to jest to nieważna, głupie i obciachowe w założeniach. Choćby powiedział rzecz najbardziej oczywistą i prawdziwą, to racji mieć nie może.
Taki jest ten przekaz medialny, tak skonstruowany.
To nie jest normalne.
BFR mówi ponadto, że jednak pewna część społeczeństwa podjęła trud walki z tym przekazem. Nie pozwoliła się zamknąć w getcie wykluczenia, w getcie nienormalnych (bo media głównego nutu tak traktują te poglądy), ale wyszła na ulice i zaprotestowała.
To dlatego TV Trwam nie może dostać koncesji na nadawanie cyfrowe, bo każdy jeden wywiad, wykład czy rozmowa w TV Trwam zaburza przekaz mainstreamu. Bo każde jedne wiadomości w TV Trwam są inne niż w mainstreamowych mediach - dotykają innych spraw. To jest zbyt duże ryzyko dla "układu".
Tak, BFR użyła tego słowa również "UKŁAD" rządzi i nie chce żeby cokolwiek go usunęło.
Ważne: poprzedni wpis na ten temat z opisem innego wystąpienia BFR - (tutaj). Sadzę, że obu tych wykładów - wywiadów należy wysłuchać jednocześnie i traktować je jako jeden spójny.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Etykiety:
Barbara Fedyszak - Radziejowska,
BFR,
manipulacja,
media,
mediokracja,
socjotechnika,
układ
25 marca 2012
Protest głodowy, dopiero teraz?
Na temat zapaści szkolnictwa w Polsce po raz pierwszy napisałem w dniu 04 marca 2009 roku (źródło). Czyli trzy lata temu. Jako, że jestem matematyczno - techniczny, to skupiłem się na tym zakresie. Ale przecież w tym samym mniej więcej czasie profesor Andrzej Nowak (wydawnictwo Arcana, Uniwersytet Jagielloński) w artykule opublikowanym na łamach Rzepy pisał to samo na temat nauki historii. Pisał (podaję z pamięci), że było około 200 godzin nauki historii w liceach, jest 150, a najnowsza "reforma" ma zredukować tą wartość do 60 godzin.
I wtedy nic, cisza, nikt się nie ruszył. Ja rozumiem, że ja to jestem mały żuczek, ale profesor Nowak to nie jest menel z pod budki z piwem, z którego zdaniem można się nie liczyć.
Sądzę, że mój tekst Trzecia próba z 16 października 2010 roku, o historycznym właśnie spojrzeniu na to w jakim miejscu jesteśmy pod względem stałego zaniżania poziomu wiedzy, najlepiej oddaje stan w jakim jesteśmy w tej kwestii.
Pisałem o tym również w dniu 08 maja 2010 roku przy okazji pogrzebu mojego znajomego tekstem pod tytułem Pogrzeb albo dlaczego o tych ludziach się nie słyszy, gdzie poza kwestiami naukowymi i poziomem kształcenia podnosiłem kwestię propagowania przez media takiego a nie innego modelu kariery (bardziej kurwiery niż kariery).
05 listopada 2011 roku napisałem tekst stan gry - wojna kulturowa, gdzie zamieściłem swoje przemyślenia na temat tego, że uważam, że znajdujemy się w stanie permanentnej wojny kulturowej wypowiedzianej Narodowi przez ksenokratyczne elity.
Prawie zawsze gdy pisałem o nauce, szkolnictwie, systemie edukacji wplatałem zdanie mojego kolegi - dziekana jednego z wydziałów Politechniki Warszawskiej: "Ludzie kończący obecnie 3 letnie studia inżynierskie, czyli licencjat mają mniejszą wiedzę z przedmiotów podstawowych, czyli matematyki i fizyki, niż my gdy kończyliśmy liceum w 1982 roku."
Przecież to jest niemożliwe, żeby taką konstatację wyrażał jeden człowiek na jednym wydziale na polibudzie. Nie jest możliwym aby dziekani i rektorzy nie alarmowali ministerstw za skandalicznie niski poziom wiedzy ludzi przychodzących na wyższe studia.
Nie jest możliwe, żeby przez 20 lat dokonywano jedynie wadliwych decyzji na temat szkolnictwa w Polsce.
No i znajdujemy potwierdzenie. Andrzej Gwiazda w swoim artykule pisze (źródło):
"Międzynarodowy Fundusz Walutowy wymaga od wszystkich krajów członkowskich ograniczenia wydatków na edukację i ochronę zdrowia. Ekspert MFW Thomas Morrison w swojej ekspertyzie „Polityczne uwarunkowania wprowadzania systemów dostosowawczych" zaleca: „Nie należy ograniczać dostępu dzieci do szkół, gdyż zawsze powoduje to bunty rodziców. Natomiast obniżanie poziomu nauczania daje większe oszczędności, a w żadnym kraju nie powodowało protestów". Dotychczas!"
i dalej,
"Żarty na bok. Kilkanaście lat temu w San Francisco odbyła się konferencja „na szczycie", w czasie której uzgodniono, że obecny stan techniki nie wymaga już masowego zatrudnienia. Że dzisiaj wystarcza 20 proc. populacji, a 80 proc. jest zbędne i stanowi jedynie obciążenie. Nie wiemy, jaki los przewidziano dla tej części. Lecz niezależnie od projektu warunkiem, aby „zbędni" się w tym nie połapali, jest obniżenie poziomu nauczania."
Czyli, że te wszystkie "reformy" szkolnictwa to nie są błędy kolejnych debili, którzy się dorwali do zabawki jaką jest MEN i MSzWiT, ale jest to robota celowa czyli SABOTAŻ.
Celowy SABOTAŻ, który jest robiony na rozkaz MFW i innych organizacji. A z sabotażystami to chyba wiadomo jak należy postępować.
Tu muszę powiedzieć, że mam olbrzymią pretensję do Pana Andrzeja Gwiazdy. Za to, że w pewnym okresie czasu dał się zepchnąć ze sceny politycznej, za to, że nie kandydował do sejmu przez długi czas, za to, że nie był słyszany głośno i wyraźnie przez blisko 20 lat. Ale jestem mu również wdzięczny za to, że w końcu zaczął przemawiać, na temat szkolnictwa i nie tylko.
Ciekawe ile jeszcze takich passusów jak te o szkolnictwie ma w swojej głowie zapamiętane Pan Andrzej Gwiazda. Bo coś tak podejrzewam, że całkiem sporo.
P.S.
Jak ktoś ciekaw ile i jakie teksty w sumie popełniłem na temat edukacji, to proponuję na moim blogu kliknąć w tag "nauka, edukacja" lub "system edukacji", powinny wyświetlić się wszystkie.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
I wtedy nic, cisza, nikt się nie ruszył. Ja rozumiem, że ja to jestem mały żuczek, ale profesor Nowak to nie jest menel z pod budki z piwem, z którego zdaniem można się nie liczyć.
Sądzę, że mój tekst Trzecia próba z 16 października 2010 roku, o historycznym właśnie spojrzeniu na to w jakim miejscu jesteśmy pod względem stałego zaniżania poziomu wiedzy, najlepiej oddaje stan w jakim jesteśmy w tej kwestii.
Pisałem o tym również w dniu 08 maja 2010 roku przy okazji pogrzebu mojego znajomego tekstem pod tytułem Pogrzeb albo dlaczego o tych ludziach się nie słyszy, gdzie poza kwestiami naukowymi i poziomem kształcenia podnosiłem kwestię propagowania przez media takiego a nie innego modelu kariery (bardziej kurwiery niż kariery).
05 listopada 2011 roku napisałem tekst stan gry - wojna kulturowa, gdzie zamieściłem swoje przemyślenia na temat tego, że uważam, że znajdujemy się w stanie permanentnej wojny kulturowej wypowiedzianej Narodowi przez ksenokratyczne elity.
Prawie zawsze gdy pisałem o nauce, szkolnictwie, systemie edukacji wplatałem zdanie mojego kolegi - dziekana jednego z wydziałów Politechniki Warszawskiej: "Ludzie kończący obecnie 3 letnie studia inżynierskie, czyli licencjat mają mniejszą wiedzę z przedmiotów podstawowych, czyli matematyki i fizyki, niż my gdy kończyliśmy liceum w 1982 roku."
Przecież to jest niemożliwe, żeby taką konstatację wyrażał jeden człowiek na jednym wydziale na polibudzie. Nie jest możliwym aby dziekani i rektorzy nie alarmowali ministerstw za skandalicznie niski poziom wiedzy ludzi przychodzących na wyższe studia.
Nie jest możliwe, żeby przez 20 lat dokonywano jedynie wadliwych decyzji na temat szkolnictwa w Polsce.
No i znajdujemy potwierdzenie. Andrzej Gwiazda w swoim artykule pisze (źródło):
"Międzynarodowy Fundusz Walutowy wymaga od wszystkich krajów członkowskich ograniczenia wydatków na edukację i ochronę zdrowia. Ekspert MFW Thomas Morrison w swojej ekspertyzie „Polityczne uwarunkowania wprowadzania systemów dostosowawczych" zaleca: „Nie należy ograniczać dostępu dzieci do szkół, gdyż zawsze powoduje to bunty rodziców. Natomiast obniżanie poziomu nauczania daje większe oszczędności, a w żadnym kraju nie powodowało protestów". Dotychczas!"
i dalej,
"Żarty na bok. Kilkanaście lat temu w San Francisco odbyła się konferencja „na szczycie", w czasie której uzgodniono, że obecny stan techniki nie wymaga już masowego zatrudnienia. Że dzisiaj wystarcza 20 proc. populacji, a 80 proc. jest zbędne i stanowi jedynie obciążenie. Nie wiemy, jaki los przewidziano dla tej części. Lecz niezależnie od projektu warunkiem, aby „zbędni" się w tym nie połapali, jest obniżenie poziomu nauczania."
Czyli, że te wszystkie "reformy" szkolnictwa to nie są błędy kolejnych debili, którzy się dorwali do zabawki jaką jest MEN i MSzWiT, ale jest to robota celowa czyli SABOTAŻ.
Celowy SABOTAŻ, który jest robiony na rozkaz MFW i innych organizacji. A z sabotażystami to chyba wiadomo jak należy postępować.
Tu muszę powiedzieć, że mam olbrzymią pretensję do Pana Andrzeja Gwiazdy. Za to, że w pewnym okresie czasu dał się zepchnąć ze sceny politycznej, za to, że nie kandydował do sejmu przez długi czas, za to, że nie był słyszany głośno i wyraźnie przez blisko 20 lat. Ale jestem mu również wdzięczny za to, że w końcu zaczął przemawiać, na temat szkolnictwa i nie tylko.
Ciekawe ile jeszcze takich passusów jak te o szkolnictwie ma w swojej głowie zapamiętane Pan Andrzej Gwiazda. Bo coś tak podejrzewam, że całkiem sporo.
P.S.
Jak ktoś ciekaw ile i jakie teksty w sumie popełniłem na temat edukacji, to proponuję na moim blogu kliknąć w tag "nauka, edukacja" lub "system edukacji", powinny wyświetlić się wszystkie.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Etykiety:
Andrzej Gwiazda,
Andrzej Nowak,
media,
mediokracja,
nauka. edukacja,
system edukacji
16 marca 2012
Właśnie zaczęli przegrywać
Zaczęli przegrywać na froncie ideologicznym, na forum dziennikarstwa właśnie. Tak według mnie należy rozumieć założenie poprzez grupę inicjatywną, przypomina się grupa inicjatywna PPR zrzucona na spadochronach, nowego związku dziennikarzy, czyli Towarzystwa Dziennikarskiego.
Krzykliwa mniejszość skupiona w kilku redakcjach, fakt silnych medialnie i finansowo, nie była w stanie przeforsowywać swoich racji w strukturze SDP. A szefem SDP jest Krzysztof Skowroński.
Mogę od razu, bez specjalnego zastanowienia dopisać kilku uczestników, którzy się do tego nowego tworu (tak właściwe skojarzenie z nowotworem złośliwym) zapiszą i zostaną przyjęci z otwartymi ramionami. To będą: S.Bratkowski i K.Kuczyński, to według mnie pewniaki.
Ciekaw jestem reakcji SDP na takie posunięcie.
Przegrali, bo nie byli w stanie narzucić swojego poglądu na rzeczywistość reszcie dziennikarzy. Owszem są nadal w stanie uwodzić, poprzez swoje publikacje w mediach, maluczkich ale na froncie konfrontacji wewnątrz środowiska nie są w stanie tego wygrać. To jest objaw bezsiły.
To jest pierwszy objaw tej przegranej, ale będzie ich więcej.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Krzykliwa mniejszość skupiona w kilku redakcjach, fakt silnych medialnie i finansowo, nie była w stanie przeforsowywać swoich racji w strukturze SDP. A szefem SDP jest Krzysztof Skowroński.
Mogę od razu, bez specjalnego zastanowienia dopisać kilku uczestników, którzy się do tego nowego tworu (tak właściwe skojarzenie z nowotworem złośliwym) zapiszą i zostaną przyjęci z otwartymi ramionami. To będą: S.Bratkowski i K.Kuczyński, to według mnie pewniaki.
Ciekaw jestem reakcji SDP na takie posunięcie.
Przegrali, bo nie byli w stanie narzucić swojego poglądu na rzeczywistość reszcie dziennikarzy. Owszem są nadal w stanie uwodzić, poprzez swoje publikacje w mediach, maluczkich ale na froncie konfrontacji wewnątrz środowiska nie są w stanie tego wygrać. To jest objaw bezsiły.
To jest pierwszy objaw tej przegranej, ale będzie ich więcej.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
13 marca 2012
Wrzutki medialne
Obserwujemy kolejny festiwal wrzutek medialnych, które maja na celu odciągnięcie opinii publicznej od rzeczy istotnych.
Takimi wręcz szczurami medialnymi są hasła o postawieniu przed Trybunałem Stanu Ziobry i Kaczyńskiego. Przecież to bzdura. Przecież wszystkie śledztwa prokuratorskie, które były prowadzone przez ostatnie cztery lata upadły. Oczywiście najśmieszniejsza była sprawa z "zamordowanym laptopem", który nieopatrznie został włączony na wizji i fonii przez Katarzynę Kolendę - Zaleską. Oj się pewnie potem musiała bidula tłumaczyć ze swojej łatwowierności. Ale to jej i jej pryncypałów problem.
Jest tak, że śledztwa są umorzone, a jednak usiłuje się tego ostro nieświeżego kotleta nadal podgrzewać i reanimować.
Dziwi mnie jednak, dlaczego w tym festiwalu ogłupiania społeczeństwa uczestniczy również PiS oraz ta część mediów, którą zwykło się uważać za "naszą".
Bo trudno nie nazwać wrzutką medialną rozważań posła Hofmana na temat konstruktywnego votum nieufności dla rządu Tuska i sugerowanie, że prof. Gilowska miała by zostać premierem.
Tak samo redaktor Sakiewicz, który rozważa, czy Schetyna może zastąpić Tuska.
Czy wyście ludzie kompletnie pogłupieli, nie macie innych tematów poprzez które możecie grillować PO i Tuska osobiście. Chyba jednak by się parę znalazło. I to nawet tematów wyprzedzających zdarzenia, które potem można by wykorzystać ponownie. Przecież wystarczy się rozejrzeć po tych budowach, co to na te ME w piłce kopanej są przygotowywane i można podnosić alarm, że te przygotowania są w lesie.
Ale nie, wyciąga się wydumaną i abstrakcyjną walkę frakcyjną w PO, która niby miałaby doprowadzić do upadku Tuska.
W poprzedniej notce (źródło) wyjaśniłem dlaczego uważam wszelkie zmiany na szczytach władzy w obecnej chwili za bezcelowe.
Powiem wprost. Jeżeli PiS uzna za celowe wejście do takiego "rządu fachowców" vel "rządu technicznego", lub nazwanego w jakikolwiek inny sposób, to ja uznam, że PiS przestał być opozycją. Jeżeli tak się stanie to będzie to duży problem dla nas, dla nas czyli dla społeczeństwa. Bo to będzie oznaczać, że nie mamy żadnej reprezentacji, która mogłaby zostać uznana za formację niepodległościową.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Takimi wręcz szczurami medialnymi są hasła o postawieniu przed Trybunałem Stanu Ziobry i Kaczyńskiego. Przecież to bzdura. Przecież wszystkie śledztwa prokuratorskie, które były prowadzone przez ostatnie cztery lata upadły. Oczywiście najśmieszniejsza była sprawa z "zamordowanym laptopem", który nieopatrznie został włączony na wizji i fonii przez Katarzynę Kolendę - Zaleską. Oj się pewnie potem musiała bidula tłumaczyć ze swojej łatwowierności. Ale to jej i jej pryncypałów problem.
Jest tak, że śledztwa są umorzone, a jednak usiłuje się tego ostro nieświeżego kotleta nadal podgrzewać i reanimować.
Dziwi mnie jednak, dlaczego w tym festiwalu ogłupiania społeczeństwa uczestniczy również PiS oraz ta część mediów, którą zwykło się uważać za "naszą".
Bo trudno nie nazwać wrzutką medialną rozważań posła Hofmana na temat konstruktywnego votum nieufności dla rządu Tuska i sugerowanie, że prof. Gilowska miała by zostać premierem.
Tak samo redaktor Sakiewicz, który rozważa, czy Schetyna może zastąpić Tuska.
Czy wyście ludzie kompletnie pogłupieli, nie macie innych tematów poprzez które możecie grillować PO i Tuska osobiście. Chyba jednak by się parę znalazło. I to nawet tematów wyprzedzających zdarzenia, które potem można by wykorzystać ponownie. Przecież wystarczy się rozejrzeć po tych budowach, co to na te ME w piłce kopanej są przygotowywane i można podnosić alarm, że te przygotowania są w lesie.
Ale nie, wyciąga się wydumaną i abstrakcyjną walkę frakcyjną w PO, która niby miałaby doprowadzić do upadku Tuska.
W poprzedniej notce (źródło) wyjaśniłem dlaczego uważam wszelkie zmiany na szczytach władzy w obecnej chwili za bezcelowe.
Powiem wprost. Jeżeli PiS uzna za celowe wejście do takiego "rządu fachowców" vel "rządu technicznego", lub nazwanego w jakikolwiek inny sposób, to ja uznam, że PiS przestał być opozycją. Jeżeli tak się stanie to będzie to duży problem dla nas, dla nas czyli dla społeczeństwa. Bo to będzie oznaczać, że nie mamy żadnej reprezentacji, która mogłaby zostać uznana za formację niepodległościową.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
10 grudnia 2011
Wiedza tajemna
W ostatnim programie J. Pospieszalskiego "Bliżej" mieliśmy okazję zobaczyć czym jest w istocie nauczanie historii w szkołach w Polsce, ze szczególnym naciskiem na historię najnowszą.
Chodzi o sławetny szyfrogram z ambasady NRD, w którym relacjonowano do Berlina rozmowę S. Cioska z B. Geremkiem.
Jeśli chodzi o mnie to plasował bym swoją wiedzę na temat tego szyfrogramu tak pomiędzy 5 a 10 lat temu. Ale właśnie większość ludzi w Polsce nie miała i do tej pory nie ma wiedzy na ten i podobne tematy zielonego pojęcia. A przecież właśnie o tą większość chodzi. O tą większość i samowiedzę tej większości na tematy współcześnie nas dotykające.
Posłowie Celiński i Czuma usiłowali zdyskredytować film Brauna mówiąc między innymi o "idiotach" i wytykając, że ten fakt, rozmowa Geremka z Cioskiem, był znany od wielu lat.
Komu był znany, temu był znany.
Tu wypada się zwrócić do poprzedniego filmu Brauna o Jaruzelskim. Był ten film wyemitowany w TVP Historia i nie było problemu. Problem pojawił się dopiero w tym momencie, w którym powtórna projekcja odbyła się w czasie najwyższej oglądalności i zgromadziła około trzy milionową widownię. W TVP poleciały głowy.
Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że żyjemy w mediokracji. W systemie, w którym rządzi się poprzez przekaz medialny. Puszczenie filmu w niszowym kanale tematycznym nikogo nie jest w stanie ruszyć, bo obejrzy jakąś tam produkcję kilka, może kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy i tak wiadomo, że nie są podatni na manipulację, a w każdym razie ich podatność jest dużo niższa niż reszty społeczeństwa - tego mięsa wyborczego, które reaguje zgodnie z tym co powiedzą w mediach głównego nurtu. Ci, którzy zachowają się zgodnie z tym co powie jakiś tam celebrytan ze szklanego ekranu, czy też napiszą w kolorowym pisemku.
Puszczenie tego filmu było zaburzeniem spójności przekazu jaki jest formowany od 20 lat w Polsce. A przekaz ten mówi, że Jaruzelski i Kiszczak to ludzie honoru. A w naszej kulturze kapuś człowiekiem honoru nie jest, na szczęście jeszcze taki stereotyp funkcjonuje. W związku z tym pokazanie takiego filmu szerokiej publiczności powoduje dysonans poznawczy, który może być groźny dla "systemu panującego". Bo jeśli pozwolimy na zanegowanie dogmatu o Jaruzelskim jako człowieku honoru, to odbiorcy papki medialnej być może zaczną samodzielnie myśleć - a to z punktu widzenia systemu jest niezwykle groźne. Być może znajdzie się ktoś następny, kto zrobi inny film, w którym zostaną zanegowane inne dogmaty, na których opiera się konstrukcja zwana III RP. Wprawdzie nikt inny na razie się nie znalazł, ale ten sam G. Braun zrobił kolejny film, który jak sądzę demistyfikuje kolejny dogmat tak szeroko kolportowany w mediach. Ten dogmat to "konieczność" i "mniejsze zło" jakim było wprowadzenie stanu wojennego w 1981 roku.
Nie widziałem osobiście jeszcze tego filmu, w związku z czym opieram się tylko na fragmentach, które zaprezentowano w programie Pospieszalskiego.
Przy okazji dostaje się właśnie Geremkowi - czyli jednemu z tych ludzi, którzy uchodzą za "świętych" w III RP.
I właśnie dlatego historia, a zwłaszcza historia najnowsza, są w Polsce wiedzą tajemną. Właśnie dlatego, żeby tacy jak Celiński i Czuma mogli wyśmiewać publicznie Brauna, jako "odkrywcę nieświeżych kotletów", gdy Braun w kolejnym filmie pokazuje szerokiej publice różne nieznane szerzej zagadnienia.
Możemy być pewni jednego. Tego filmu Brauna nie zobaczymy w TVP, ani nawet w TVP historia.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Chodzi o sławetny szyfrogram z ambasady NRD, w którym relacjonowano do Berlina rozmowę S. Cioska z B. Geremkiem.
Jeśli chodzi o mnie to plasował bym swoją wiedzę na temat tego szyfrogramu tak pomiędzy 5 a 10 lat temu. Ale właśnie większość ludzi w Polsce nie miała i do tej pory nie ma wiedzy na ten i podobne tematy zielonego pojęcia. A przecież właśnie o tą większość chodzi. O tą większość i samowiedzę tej większości na tematy współcześnie nas dotykające.
Posłowie Celiński i Czuma usiłowali zdyskredytować film Brauna mówiąc między innymi o "idiotach" i wytykając, że ten fakt, rozmowa Geremka z Cioskiem, był znany od wielu lat.
Komu był znany, temu był znany.
Tu wypada się zwrócić do poprzedniego filmu Brauna o Jaruzelskim. Był ten film wyemitowany w TVP Historia i nie było problemu. Problem pojawił się dopiero w tym momencie, w którym powtórna projekcja odbyła się w czasie najwyższej oglądalności i zgromadziła około trzy milionową widownię. W TVP poleciały głowy.
Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że żyjemy w mediokracji. W systemie, w którym rządzi się poprzez przekaz medialny. Puszczenie filmu w niszowym kanale tematycznym nikogo nie jest w stanie ruszyć, bo obejrzy jakąś tam produkcję kilka, może kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którzy i tak wiadomo, że nie są podatni na manipulację, a w każdym razie ich podatność jest dużo niższa niż reszty społeczeństwa - tego mięsa wyborczego, które reaguje zgodnie z tym co powiedzą w mediach głównego nurtu. Ci, którzy zachowają się zgodnie z tym co powie jakiś tam celebrytan ze szklanego ekranu, czy też napiszą w kolorowym pisemku.
Puszczenie tego filmu było zaburzeniem spójności przekazu jaki jest formowany od 20 lat w Polsce. A przekaz ten mówi, że Jaruzelski i Kiszczak to ludzie honoru. A w naszej kulturze kapuś człowiekiem honoru nie jest, na szczęście jeszcze taki stereotyp funkcjonuje. W związku z tym pokazanie takiego filmu szerokiej publiczności powoduje dysonans poznawczy, który może być groźny dla "systemu panującego". Bo jeśli pozwolimy na zanegowanie dogmatu o Jaruzelskim jako człowieku honoru, to odbiorcy papki medialnej być może zaczną samodzielnie myśleć - a to z punktu widzenia systemu jest niezwykle groźne. Być może znajdzie się ktoś następny, kto zrobi inny film, w którym zostaną zanegowane inne dogmaty, na których opiera się konstrukcja zwana III RP. Wprawdzie nikt inny na razie się nie znalazł, ale ten sam G. Braun zrobił kolejny film, który jak sądzę demistyfikuje kolejny dogmat tak szeroko kolportowany w mediach. Ten dogmat to "konieczność" i "mniejsze zło" jakim było wprowadzenie stanu wojennego w 1981 roku.
Nie widziałem osobiście jeszcze tego filmu, w związku z czym opieram się tylko na fragmentach, które zaprezentowano w programie Pospieszalskiego.
Przy okazji dostaje się właśnie Geremkowi - czyli jednemu z tych ludzi, którzy uchodzą za "świętych" w III RP.
I właśnie dlatego historia, a zwłaszcza historia najnowsza, są w Polsce wiedzą tajemną. Właśnie dlatego, żeby tacy jak Celiński i Czuma mogli wyśmiewać publicznie Brauna, jako "odkrywcę nieświeżych kotletów", gdy Braun w kolejnym filmie pokazuje szerokiej publice różne nieznane szerzej zagadnienia.
Możemy być pewni jednego. Tego filmu Brauna nie zobaczymy w TVP, ani nawet w TVP historia.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Etykiety:
13-12-1981,
Geremek,
Jaruzelski,
media,
mediokracja
07 listopada 2011
Stan gry - część 4 - system medialny
Dziś przypada 144 rocznica urodzin Marii Skłodowskiej - Curie.
Ktoś o tym słyszał, w mediach coś na ten temat powiedziano. Główne portale internetowe milczą. A przecież nie mamy znowu tak wielu laureatów Nagrody Nobla, zwłaszcza w naukach ścisłych.
Nie. System medialny w Polsce służy innym celom, a nie podbudowywaniu samopoczucia mieszkańców kraju nad Wisłą. Służy celowi wręcz przeciwnemu. Służy wdeptywaniu Polaków w błoto. Aby mieli wręcz chorobliwie zaniżoną samoocenę.
System mediów (dalej SM) tworzy swoisty konglomerat, który przy pozornej różnorodności kryje faktyczną jednorodność. Ale zaraz, zaraz, przecież my to znamy. Identycznie było w PRL-u, identycznie było w Rosji Sowieckiej (nawet za czasów Gorbaczowa w czasach 'pierestroiki'). Identycznie było również w Niemczech Hitlera. To Dr Josef Goebels sformułował to zdanie, że SM Niemiec przy pozornej różnorodności kryje faktyczną jednorodność.
To samo mamy w Polsce w chwili obecnej.
SM służy temu żeby przypominać ludziom o wartościach wspólnych, aby potem łatwo móc całe społeczeństwo poderwać do działania w określonym kierunku. To zdanie, a właściwie niezwykle podobne, sformułował dla odmiany A. Hitler.
SM służy ponadto celom edukacyjnym, aby uczyć ludzi żyć w demokracji, aby potrafili dokonywać racjonalnych wyborów przy urnie wyborczej.
Tymczasem nie. W Polsce tak nie ma.
Wiadomości już się nie przekazuje, ale nimi zarządza. SM gra na ogólnej niewiedzy ludzi, bo przecież trudno jest sprawdzać każde słowo wypowiedziane w mediach u źródła - bo mało kto ma na to czas. No owszem pojawiają się jacyś blogerzy, ale jakie mają realne oddziaływanie. W porównaniu do TV wręcz zerowe.
Sprawy istotne z punktu widzenia społeczeństwa są zamilczane albo wyśmiewane. A z przysłowiowych "michałków" robi się news, który jest maglowany godzinami, dniami, nierzadko tygodniami i miesiącami.
Dopiero po latach wychodzi, że słynne zdjęcie, na którym Lech Kaczyński trzyma szalik na meczu reprezentacji w piłkę nożną odwrotnie niż powinien to manipulacja. Okazuje się bowiem, że jest to stop-klatka z filmu i Prezydent był akurat w trakcie odwracania tego szalika.
Czy gdyby redaktorzy w mediach wykonali swoją pracę prawidłowo i przed wyborami prezydenckimi wywlekli w jaką rodzinę, powiedzmy wprost ubecką, wżeniony jest B. Komorowski. To czy mając taką wiedzę społeczeństwo głosowało by tak jak glosowało - osobiście śmiem wątpić. O fałszu związanym z koligacjami Komorowskiego, o rzekomym "hrabiostwie" nawet nie warto wspominać - dziennikarze, wszyscy żeby nie było, nie spełnili swojego zadania. Nie prześledzili, a osobiście podejrzewam, że nawet nie mieli takiego pomysłu żeby prześledzić, rzekome skoligacenie z Borem-Komorowskim i innymi, które to skoligacenia są zwykłym zmyśleniem.
Ochrona aktualnego rządu nie ma według mnie precedensu w historii światowego dziennikarstwa, chyba że zaczniemy aktualny stan przyrównywać do czasów PRL-u, Rosji Sowieckiej, czy Niemiec Hitlera. Ale podobno mamy demokrację a nie system totalitarny, podobno.
Media w Polsce kreują wręcz wydarzenia polityczne. SM stał się tak silny, że istnieje uzasadnione podejrzenie, że jest silniejszy od rządu, że wręcz rywalizuje z rządem o władzę nad obywatelami. I SM tę rywalizację wygrywa.
Silny SM = słaba demokracja.
Nie mówi się o poglądach polityków, tylko o politykach. Ktoś ma jakiś pogląd, ktoś inny przeciwny - podyskutujmy, wymieniajmy się argumentami - tego nie ma. Politykę widzi się przez pryzmat polityków - to jest chore.
Stosowanie sofizmatów, erystyki, logomachii i intoksykacji jest nagminne. Żongluje się tylko nic nie znaczącymi, albo takimi, które de facto straciły swoje pierwotne znaczenie, słowami - na przykład 'liberalizm'. Mylony nagminnie, a właściwie nagminnie naginany do równoważności z libertynizmem.
Czytelnikom proponuję prostą zabawę. Siedem słów: sofizmat, erystyka, intoksykacja, logomachia, liberalizm, libertynizm i leseferyzm. Zróbcie sobie tabelkę, aby do każdego z tych słów odpowiadający na w ten sposób zrobioną ankietę mógł przypisać następujące wartości: pierwsze słyszę, słyszałem, wiem co to jest, rozróżniam, wychwytuję gdy napisane, wychwytuję na żywo (w rozmowie), potrafię zareagować i przeciwdziałać na żywo w rozmowie. Zdziwicie się gdy zobaczycie wyniki, ale postarajcie się o próbkę rzędu 20 osób co najmniej.
Jeśli będziecie chcieli podzielić się ze mną swoimi obserwacjami, to ja chętnie dla odmiany opublikuję tak zebrane wyniki w kolejnym artykule.
Poprzedni artykuł z tej serii: http://pulldragontail.blogspot.com/2011/11/stan-gry-czesc-3-gowni-protagonisci.html
P.S.
Duża część tego tekstu i zwrotów w nim zawartych pochodzi z tego filmu:
http://video.google.pl/videoplay?docid=-3933870709331196363
Film zrobiony z pozycji lewicowych, jeśli nie lewackich w USA, o tamtejszym wpływie mediów na ich system demokratyczny. Ale chyba mamy dokładnie to samo u nas w kraju.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Ktoś o tym słyszał, w mediach coś na ten temat powiedziano. Główne portale internetowe milczą. A przecież nie mamy znowu tak wielu laureatów Nagrody Nobla, zwłaszcza w naukach ścisłych.
Nie. System medialny w Polsce służy innym celom, a nie podbudowywaniu samopoczucia mieszkańców kraju nad Wisłą. Służy celowi wręcz przeciwnemu. Służy wdeptywaniu Polaków w błoto. Aby mieli wręcz chorobliwie zaniżoną samoocenę.
System mediów (dalej SM) tworzy swoisty konglomerat, który przy pozornej różnorodności kryje faktyczną jednorodność. Ale zaraz, zaraz, przecież my to znamy. Identycznie było w PRL-u, identycznie było w Rosji Sowieckiej (nawet za czasów Gorbaczowa w czasach 'pierestroiki'). Identycznie było również w Niemczech Hitlera. To Dr Josef Goebels sformułował to zdanie, że SM Niemiec przy pozornej różnorodności kryje faktyczną jednorodność.
To samo mamy w Polsce w chwili obecnej.
SM służy temu żeby przypominać ludziom o wartościach wspólnych, aby potem łatwo móc całe społeczeństwo poderwać do działania w określonym kierunku. To zdanie, a właściwie niezwykle podobne, sformułował dla odmiany A. Hitler.
SM służy ponadto celom edukacyjnym, aby uczyć ludzi żyć w demokracji, aby potrafili dokonywać racjonalnych wyborów przy urnie wyborczej.
Tymczasem nie. W Polsce tak nie ma.
Wiadomości już się nie przekazuje, ale nimi zarządza. SM gra na ogólnej niewiedzy ludzi, bo przecież trudno jest sprawdzać każde słowo wypowiedziane w mediach u źródła - bo mało kto ma na to czas. No owszem pojawiają się jacyś blogerzy, ale jakie mają realne oddziaływanie. W porównaniu do TV wręcz zerowe.
Sprawy istotne z punktu widzenia społeczeństwa są zamilczane albo wyśmiewane. A z przysłowiowych "michałków" robi się news, który jest maglowany godzinami, dniami, nierzadko tygodniami i miesiącami.
Dopiero po latach wychodzi, że słynne zdjęcie, na którym Lech Kaczyński trzyma szalik na meczu reprezentacji w piłkę nożną odwrotnie niż powinien to manipulacja. Okazuje się bowiem, że jest to stop-klatka z filmu i Prezydent był akurat w trakcie odwracania tego szalika.
Czy gdyby redaktorzy w mediach wykonali swoją pracę prawidłowo i przed wyborami prezydenckimi wywlekli w jaką rodzinę, powiedzmy wprost ubecką, wżeniony jest B. Komorowski. To czy mając taką wiedzę społeczeństwo głosowało by tak jak glosowało - osobiście śmiem wątpić. O fałszu związanym z koligacjami Komorowskiego, o rzekomym "hrabiostwie" nawet nie warto wspominać - dziennikarze, wszyscy żeby nie było, nie spełnili swojego zadania. Nie prześledzili, a osobiście podejrzewam, że nawet nie mieli takiego pomysłu żeby prześledzić, rzekome skoligacenie z Borem-Komorowskim i innymi, które to skoligacenia są zwykłym zmyśleniem.
Ochrona aktualnego rządu nie ma według mnie precedensu w historii światowego dziennikarstwa, chyba że zaczniemy aktualny stan przyrównywać do czasów PRL-u, Rosji Sowieckiej, czy Niemiec Hitlera. Ale podobno mamy demokrację a nie system totalitarny, podobno.
Media w Polsce kreują wręcz wydarzenia polityczne. SM stał się tak silny, że istnieje uzasadnione podejrzenie, że jest silniejszy od rządu, że wręcz rywalizuje z rządem o władzę nad obywatelami. I SM tę rywalizację wygrywa.
Silny SM = słaba demokracja.
Nie mówi się o poglądach polityków, tylko o politykach. Ktoś ma jakiś pogląd, ktoś inny przeciwny - podyskutujmy, wymieniajmy się argumentami - tego nie ma. Politykę widzi się przez pryzmat polityków - to jest chore.
Stosowanie sofizmatów, erystyki, logomachii i intoksykacji jest nagminne. Żongluje się tylko nic nie znaczącymi, albo takimi, które de facto straciły swoje pierwotne znaczenie, słowami - na przykład 'liberalizm'. Mylony nagminnie, a właściwie nagminnie naginany do równoważności z libertynizmem.
Czytelnikom proponuję prostą zabawę. Siedem słów: sofizmat, erystyka, intoksykacja, logomachia, liberalizm, libertynizm i leseferyzm. Zróbcie sobie tabelkę, aby do każdego z tych słów odpowiadający na w ten sposób zrobioną ankietę mógł przypisać następujące wartości: pierwsze słyszę, słyszałem, wiem co to jest, rozróżniam, wychwytuję gdy napisane, wychwytuję na żywo (w rozmowie), potrafię zareagować i przeciwdziałać na żywo w rozmowie. Zdziwicie się gdy zobaczycie wyniki, ale postarajcie się o próbkę rzędu 20 osób co najmniej.
Jeśli będziecie chcieli podzielić się ze mną swoimi obserwacjami, to ja chętnie dla odmiany opublikuję tak zebrane wyniki w kolejnym artykule.
Poprzedni artykuł z tej serii: http://pulldragontail.blogspot.com/2011/11/stan-gry-czesc-3-gowni-protagonisci.html
P.S.
Duża część tego tekstu i zwrotów w nim zawartych pochodzi z tego filmu:
http://video.google.pl/videoplay?docid=-3933870709331196363
Film zrobiony z pozycji lewicowych, jeśli nie lewackich w USA, o tamtejszym wpływie mediów na ich system demokratyczny. Ale chyba mamy dokładnie to samo u nas w kraju.
Venenosi bufones pellem non mutant
Andrzej.A
Etykiety:
media,
mediokracja,
stan gry,
system medialny,
system panujący,
układ
12 września 2011
Dwa światy
Żyjemy w dwóch światach, dwóch rozdzielnych obiegach informacyjnych.
Byłem dzisiaj w swoim zaprzyjaźnionym warsztacie samochodowym. Tam pracują takie proste chłopaki, trochę związani z ruchem kibicowskim, kiedyś byli wobec mnie nieufni, ale od pewnego czasu słuchają uważnie tego co mówię na tematy polityczne. Ja staram się tego nie nadużywać i jak wygłaszam swoją opinię, to jawnie mówię, że to moja opinia, a nie fakt obiektywny.
A dzisiaj towarzystwo zrobiło wielkie oczy gdy ich poinformowałem, że działania PKW są zgłoszone do prokuratury i jest szansa na to, żeby te wybory unieważnić zanim się jeszcze odbyły.
Nikt o tym nie słyszał, działania te nie są w najmniejszym stopniu pokazywane w mediach, temat nie istnieje. Należy zwrócić uwagę, że rozmawiałem z ludźmi przyjaźnie w sumie, do mnie i do prawej strony sceny politycznej, nastawionymi.
Co by było gdybym taki sam news sprzedał do ludzi, których określamy per "lemingi" vel "wykształciuchy".
System działa tak, że jak coś nie jest pokazane w mediach to znaczy, że nie miało miejsca - słynne "fakty prasowe", tylko, że odwrotnie.
A to jest jednak ewenement, że działania PKW są skarżone do prokuratury, że wygrywa się przed SN sprawę przeciwko PKW. I w mediach nie ma o tym ani słowa. Pomijam tutaj kwestię, czy działania NE są korzystne czy też nie dla Racji Stanu w chwili obecnej, bo o ile uważam, że dobrze się stało iż obnażono wady działania PKW i kodeksu wyborczego, to nie przekonuje mnie działalność NE jako taka - zwłaszcza w tym momencie (dlaczego mam takie zdanie w tej kwestii to nie to miejsce i nie ten temat).
Czyli sytuacja wygląda następująco.
W zależności od widzimisię SN te wybory zostaną albo klepnięte, albo skierowane do powtórki - i to jest praktycznie wiedza, którą ludzie w Polsce powinni posiadać en mass, ale nie, nie mają tej wiedzy, bo media ich nie informują.
Media nie informują obywateli o kryzysie konstytucjonalnym, o działaniach jednej z instytucji (PKW), która ma stać na straży uczciwości i równości szans właśnie w procesie wyborczym - teoretycznie głównym procesie kształtowania przez obywateli składu Sejmu i Senatu - swoich przedstawicieli.
Nie ma według mnie ważniejszej wiadomości z ostatniego tygodnia niż to, że zaskarżono i to skutecznie decyzję PKW i jakie to rodzi potencjalne konsekwencje.
Na marginesie należy podkreślić, że nie jestem zdziwiony, że PiS nie podnosi sprawy na szerokim forum. Przecież dla nich to czysty zysk. Człowiek, który mógłby zagłosować na NE, czy też na kogoś innego potraktowanego per noga przez PKW nie zagłosuje na PO ani SLD ani PSL. Ma jedynego kandydata - PiS. Owszem, nie powiem, moralnie jest to dwuznaczne, ale to jest interes PiS żeby te wybory wygrać, a nie musieć się dzielić z NE, Markiem Jurkiem, Korwinem lub kimkolwiek bądź jeszcze.
Ceterum censeo Moskwa delendam esse
Andrzej.A
Byłem dzisiaj w swoim zaprzyjaźnionym warsztacie samochodowym. Tam pracują takie proste chłopaki, trochę związani z ruchem kibicowskim, kiedyś byli wobec mnie nieufni, ale od pewnego czasu słuchają uważnie tego co mówię na tematy polityczne. Ja staram się tego nie nadużywać i jak wygłaszam swoją opinię, to jawnie mówię, że to moja opinia, a nie fakt obiektywny.
A dzisiaj towarzystwo zrobiło wielkie oczy gdy ich poinformowałem, że działania PKW są zgłoszone do prokuratury i jest szansa na to, żeby te wybory unieważnić zanim się jeszcze odbyły.
Nikt o tym nie słyszał, działania te nie są w najmniejszym stopniu pokazywane w mediach, temat nie istnieje. Należy zwrócić uwagę, że rozmawiałem z ludźmi przyjaźnie w sumie, do mnie i do prawej strony sceny politycznej, nastawionymi.
Co by było gdybym taki sam news sprzedał do ludzi, których określamy per "lemingi" vel "wykształciuchy".
System działa tak, że jak coś nie jest pokazane w mediach to znaczy, że nie miało miejsca - słynne "fakty prasowe", tylko, że odwrotnie.
A to jest jednak ewenement, że działania PKW są skarżone do prokuratury, że wygrywa się przed SN sprawę przeciwko PKW. I w mediach nie ma o tym ani słowa. Pomijam tutaj kwestię, czy działania NE są korzystne czy też nie dla Racji Stanu w chwili obecnej, bo o ile uważam, że dobrze się stało iż obnażono wady działania PKW i kodeksu wyborczego, to nie przekonuje mnie działalność NE jako taka - zwłaszcza w tym momencie (dlaczego mam takie zdanie w tej kwestii to nie to miejsce i nie ten temat).
Czyli sytuacja wygląda następująco.
W zależności od widzimisię SN te wybory zostaną albo klepnięte, albo skierowane do powtórki - i to jest praktycznie wiedza, którą ludzie w Polsce powinni posiadać en mass, ale nie, nie mają tej wiedzy, bo media ich nie informują.
Media nie informują obywateli o kryzysie konstytucjonalnym, o działaniach jednej z instytucji (PKW), która ma stać na straży uczciwości i równości szans właśnie w procesie wyborczym - teoretycznie głównym procesie kształtowania przez obywateli składu Sejmu i Senatu - swoich przedstawicieli.
Nie ma według mnie ważniejszej wiadomości z ostatniego tygodnia niż to, że zaskarżono i to skutecznie decyzję PKW i jakie to rodzi potencjalne konsekwencje.
Na marginesie należy podkreślić, że nie jestem zdziwiony, że PiS nie podnosi sprawy na szerokim forum. Przecież dla nich to czysty zysk. Człowiek, który mógłby zagłosować na NE, czy też na kogoś innego potraktowanego per noga przez PKW nie zagłosuje na PO ani SLD ani PSL. Ma jedynego kandydata - PiS. Owszem, nie powiem, moralnie jest to dwuznaczne, ale to jest interes PiS żeby te wybory wygrać, a nie musieć się dzielić z NE, Markiem Jurkiem, Korwinem lub kimkolwiek bądź jeszcze.
Ceterum censeo Moskwa delendam esse
Andrzej.A
12 lipca 2011
Ach, ten Rydzyk, czyli rozmowa z lemingiem
Leming: Ten Rydzyk to miesza i jątrzy
Ja: A konkretnie?
L: Odbiera moherowym babciom ich emerytury (silne wzburzenie)
J: Tobie odbiera?
L: ???
J: No pytam się Tobie odbiera, że tak się wzburzasz?
L: Nie
J: A GW kupujesz?
L: Tak
J: A TVN i N oglądasz
L: Tak
J: Polsat oglądasz
L: Tak
J: To Michnik z Solorzem i Walterem doją Ciebie i to na potęgę
L: To nieprawda nikt mnie nie doii.
P.S.
Rozmowa jako taka jest fikcyjna, jest raczej kompilacją kilku rozmów z różnymi ludźmi. Człowiek po prostu gdy natyka się na taki sposób myślenia i interpretowania rzeczywistości to najzwyczajniej w świecie baranieje. No nie daje się przejść do porządku dziennego nad stwierdzeniami, które sobie wzajemnie przeczą na przestrzeni kilkunastu sekund.
Ceterum censeo Moskwa delendam esse
Andrzej.A
Ja: A konkretnie?
L: Odbiera moherowym babciom ich emerytury (silne wzburzenie)
J: Tobie odbiera?
L: ???
J: No pytam się Tobie odbiera, że tak się wzburzasz?
L: Nie
J: A GW kupujesz?
L: Tak
J: A TVN i N oglądasz
L: Tak
J: Polsat oglądasz
L: Tak
J: To Michnik z Solorzem i Walterem doją Ciebie i to na potęgę
L: To nieprawda nikt mnie nie doii.
P.S.
Rozmowa jako taka jest fikcyjna, jest raczej kompilacją kilku rozmów z różnymi ludźmi. Człowiek po prostu gdy natyka się na taki sposób myślenia i interpretowania rzeczywistości to najzwyczajniej w świecie baranieje. No nie daje się przejść do porządku dziennego nad stwierdzeniami, które sobie wzajemnie przeczą na przestrzeni kilkunastu sekund.
Ceterum censeo Moskwa delendam esse
Andrzej.A
11 czerwca 2011
Po co się fałszuje wyniki sondaży?
No właśnie po co?
Chociaż może nie koniecznie zaraz fałszuje.
Przeprowadza się badanie na specyficznej grupie społecznej, w której wiadomo w przybliżeniu jakie ma poglądy.
Zadaje się pytania sugerujące odpowiedź oczekiwaną przez ankietera.
Zadawane pytania mają w podtekście polepszyć samopoczucie ankietowanego o ile odpowie w sposób oczekiwany i odwrotnie mają spostponować jeśli odpowie przeciwnie.
Nie należy mówić według mnie o fałszowaniu ale raczej o manipulowaniu poprzez odpowiedni dobór pytań zawartych w ankiecie.
Próbka jest żenująco niska (poniżej tysiąca osób) i pytania zadawane są telefonicznie. Najczęściej w godzinach pracy dzwoni się do ludzi pracujących po różnych urzędach, co już jest dość sporym nadużyciem, bo oczekiwanie, że urzędnik odpowie szczerze na pytania ankietera, który wie do kogo zadzwonił (numer telefonu) to już jest co najmniej ciężka naiwność.
Ale nadal pozostaje pytanie po co się to robi.
No cóż, jeśli spojrzymy wstecz i popatrzymy na "pomarańczową rewolucję" na Ukrainie, to łatwo odnajdziemy w odmętach pamięci, że jednym z koronnych argumentów, które stały za tym, że wybory należy powtórzyć była rozbieżność pomiędzy badaniem ankietowym a wynikami.
I nie ma tu znaczenia, że było to badanie exit-post. Takie badanie również można zmanipulować. Po prostu wystarczy odpowiednio dobrać punkty pomiarowe. Bo właśnie firmy badawcze doskonale wiedzą gdzie mieszkają ludzie o jakich poglądach.
Tylko sytuacje przesilenia, ostatnio afera Rywin - Michnik mogą spowodować, że firmy typu OBOP nie są w stanie przewidzieć wyniku wyborczego w miarę dokładnie.
Poprzednio taka wpadka miała miejsce w 1989 roku. Gdzie firma badawcza do ostatniej sekundy utwierdzała całe KC, Jaruzela i innych o tym, że zwycięstwo jest w kieszeni i należy wręcz chuchać i dmuchać na opozycję, żeby za bardzo nie przegrali. Co było dalej wszyscy wiemy, PZPR przegrała nawet w obwodach zamkniętych (jednostki wojskowe) i właśnie ten czynnik zadecydował o tym, że nie było żadnej kontrakcji. Bo żadna kontrakcja nie była po prostu możliwa skoro własny aparat, własne wojsko głosuje przeciwko swoim. Pokażcie mi takiego generała, który każe swoim pułkownikom strzelać do obywateli mając wiedzę, że najprawdopodobniej ten pułkownik głosował przeciwko temu generałowi. A nawet jak nie ten pułkownik, to niżej jest major, kapitan, porucznik, który jak dostanie taki rozkaz to najzwyczajniej w świecie użyje broni służbowej w celu likwidacji zwierzchnika.
Sytuacja obecnie jest niezwykle podobna do tej z końcówki komuny. Media trąbią o wspaniałości rządu i rządzących, tyle tylko, że to zaczyna powoli rozmijać się z rzeczywistością, co jest podstawowym warunkiem do tego, żeby propaganda przestała być skuteczna.
A gdy propaganda przestaje być skuteczna, to zaczyna być śmieszna. A jak jest śmieszna, to jest już tylko przeciwskuteczna.
Ceterum censeo Moskwa delendam esse
Andrzej.A
Chociaż może nie koniecznie zaraz fałszuje.
Przeprowadza się badanie na specyficznej grupie społecznej, w której wiadomo w przybliżeniu jakie ma poglądy.
Zadaje się pytania sugerujące odpowiedź oczekiwaną przez ankietera.
Zadawane pytania mają w podtekście polepszyć samopoczucie ankietowanego o ile odpowie w sposób oczekiwany i odwrotnie mają spostponować jeśli odpowie przeciwnie.
Nie należy mówić według mnie o fałszowaniu ale raczej o manipulowaniu poprzez odpowiedni dobór pytań zawartych w ankiecie.
Próbka jest żenująco niska (poniżej tysiąca osób) i pytania zadawane są telefonicznie. Najczęściej w godzinach pracy dzwoni się do ludzi pracujących po różnych urzędach, co już jest dość sporym nadużyciem, bo oczekiwanie, że urzędnik odpowie szczerze na pytania ankietera, który wie do kogo zadzwonił (numer telefonu) to już jest co najmniej ciężka naiwność.
Ale nadal pozostaje pytanie po co się to robi.
No cóż, jeśli spojrzymy wstecz i popatrzymy na "pomarańczową rewolucję" na Ukrainie, to łatwo odnajdziemy w odmętach pamięci, że jednym z koronnych argumentów, które stały za tym, że wybory należy powtórzyć była rozbieżność pomiędzy badaniem ankietowym a wynikami.
I nie ma tu znaczenia, że było to badanie exit-post. Takie badanie również można zmanipulować. Po prostu wystarczy odpowiednio dobrać punkty pomiarowe. Bo właśnie firmy badawcze doskonale wiedzą gdzie mieszkają ludzie o jakich poglądach.
Tylko sytuacje przesilenia, ostatnio afera Rywin - Michnik mogą spowodować, że firmy typu OBOP nie są w stanie przewidzieć wyniku wyborczego w miarę dokładnie.
Poprzednio taka wpadka miała miejsce w 1989 roku. Gdzie firma badawcza do ostatniej sekundy utwierdzała całe KC, Jaruzela i innych o tym, że zwycięstwo jest w kieszeni i należy wręcz chuchać i dmuchać na opozycję, żeby za bardzo nie przegrali. Co było dalej wszyscy wiemy, PZPR przegrała nawet w obwodach zamkniętych (jednostki wojskowe) i właśnie ten czynnik zadecydował o tym, że nie było żadnej kontrakcji. Bo żadna kontrakcja nie była po prostu możliwa skoro własny aparat, własne wojsko głosuje przeciwko swoim. Pokażcie mi takiego generała, który każe swoim pułkownikom strzelać do obywateli mając wiedzę, że najprawdopodobniej ten pułkownik głosował przeciwko temu generałowi. A nawet jak nie ten pułkownik, to niżej jest major, kapitan, porucznik, który jak dostanie taki rozkaz to najzwyczajniej w świecie użyje broni służbowej w celu likwidacji zwierzchnika.
Sytuacja obecnie jest niezwykle podobna do tej z końcówki komuny. Media trąbią o wspaniałości rządu i rządzących, tyle tylko, że to zaczyna powoli rozmijać się z rzeczywistością, co jest podstawowym warunkiem do tego, żeby propaganda przestała być skuteczna.
A gdy propaganda przestaje być skuteczna, to zaczyna być śmieszna. A jak jest śmieszna, to jest już tylko przeciwskuteczna.
Ceterum censeo Moskwa delendam esse
Andrzej.A
Etykiety:
badanie opinii społecznej,
media,
mediokracja,
sondaże,
wybory,
wybory 2011
22 kwietnia 2011
Zawiść, zazdrość, wściekłość i frustracja
Gdy rok temu przeżywaliśmy na świeżo tragedię smoleńską nikt nikogo nie zwoływał poprzez komunikatory, ludzie przychodzili sami, z potrzeby serca. Gdy w Warszawie ulicą Żwirki i Wigury wieziono trumnę z ciałem prezydenta wzdłuż całej drogi stały tłumy, sypały się kwiaty. A za oficjalnym konwojem jechała cała chmara ludzi na motorach i rowerach. Ludzie robili to wiedzeni własną potrzebą. Nawet ci, którzy nie głosowali w wyborach 2005 roku na Lecha Kaczyńskiego tam byli, bo uznawali, że jest to ich obowiązek webec tragicznie zmarłego prezydenta.
Salon się tego przestraszył, ale można powiedzieć, że uznał w tamtym czasie iż należy, czy też, że wypada się przyłączyć.
Minął rok i ludzie znowu przyszli żeby oddać cześć zmarłemu prezydentowi, oraz żeby poprzez samą swoją obecność wykrzyczeć władzy swoją niezgodę na aktualny stan państwa. Takim najsilniejszym wyrazicielem nastrojów społecznych stała się Ewa Stankiewicz i jej "namiot" na Krakowskim Przedmieściu.
Minął rok i ludzie nie zapomnieli, a tego żeby ludzie zapomnieli chciałby salon. Ale ludzie nie chcą zapomnieć. I znów nikt nikogo nie zwoływał poprzez komunikatory, chociaż owszem jakiś rodzaj organizacji w tym był skoro ludzie z całej Polski wynajmowali autokary i jechali razem aby zademonstrować swój sprzeciw.
I to wszystko wywołuje zawiść zazdrość i wściekłość salonu. Bo nikt nikogo odgórnie nie namawia, nie organizuje, natomiast pojawia się element samoorganizacji społecznej. Tej samoorganizacji o której salon bardzo chętnie rozprawia, wylewając jednocześnie krokodyle łzy, że jest z nią tak kiepsko w Polsce. A jak ma być z inicjatywami społecznymi w Polsce dobrze skoro jedyne przejawy takiej samoorganizacji są od ręki wyśmiewane i wyszydzane?
Dlaczego takie działania oddolne wywołują zawiść i zazdrość salonu?
A czy ktoś, ktokolwiek wykazywał jakąkolwiek oddolną inicjatywę żeby czcić kolejną rocznicę śmierci Kuronia, Geremka czy Miłosza?
Salon też do tego nie nawoływał, bo wiedział doskonale, że zdoła zgromadzić jakąś śmieszną liczbę uczestników, to wolał się nie kompromitować.
A taka sytuacja powoduje frustrację. Bo kto by przyszedł, paru czynowników UD/UW, paru "Zielonych" wraz z rodzinami - jakby się zebrało tysiąc luda to by były całe pieniądze i to by byli wszyscy "krewni i znajomi królika", zero obcych.
A tu sami obcy sobie ludzie, poznający się i zaprzyjaźniający właśnie podczas takiej manifestacji uczuć patriotycznych i to dla salonu jest groźne, przed tym salon broni się jak może, żeby ludzie nie byli razem, żeby każdy dbał tylko o własną dupę i nie interesował się innymi - tak samo jak za PRL-u. A wszelkie inicjatywy "oddolne" to są dobre, ale tylko wtedy gdy salon trzyma nad nimi pieczę i gdy ktoś z salonu koordynuje i rozdziela zadania, w przeciwnym przypadku to jest "oszołomstwo", "faszyzm", "ksenofobia" i oczywiście "antysemityzm".
Na 11 listopada kupiono podobno 10 tysięcy gwizdków, udało się rozdać kilkaset, czyli sterowana odgórnie akcja jest w stanie ściągnąć góra tysiąc luda, gdy tymczasem oddolna akcja zbiera lekko licząc kilkadziesiąt tysięcy uczestników. I nikt im nie płaci, nikt za darmo nie rozdaje gadżetów, przyjeżdżają z transparentami zrobionymi własnym przemysłem, za własne pieniądze. Nikt im nie podstawia opłaconych autokarów, nikt im nie donosi ciepłej herbaty, ani drożdżówek jak pielęgniarkom w 2007 roku. Tłuc się 7-8 godzin z takiego Wrocławia, żeby w Warszawie być na godzinę 8:41 na mszy, ale właśnie to ludzie zrobili i tym wywołali ZAWIŚĆ, ZAZDROŚĆ, WŚCIEKŁOŚĆ i FRUSTRACJĘ salonu.
Śmieszą mnie wypowiedzi Bratkowskiego, Kuczyńskiego, Lisa, Wołka, Żakowskiego, Paradowskiej, Michnika i jego cyngli z Czerskiej. Śmieszą, bo samym "wysokim C" emocji jakie są w tych wypowiedziach przekazywane sami siebie ośmieszają. Bo normalny dyskurs demokratyczny swoją słowną a fałszywą ekwilibrystyką doprowadzili do absurdu. Bo opisują nie realne działania swoich oponentów politycznych, ale fantomy swoich wyobrażeń, swoje lęki. Zarazili tymi lękami całkiem sporą grupkę współobywateli. Tylko jak się ci współobywatele obudzą z tego Matrixu, to wtedy ich pogonią.
A na kolejna rocznicę śmierci Kuronia, Geremka czy Miłosza i tak nikt poza funkcjonariuszami Ministerstwa Prawdy nie przyjdzie.
Powiązane artykuły:
http://pulldragontail.blogspot.com/2008/04/mediokracja-w-usa.html
http://pulldragontail.blogspot.com/search?q=media
Ceterum censeo Moskwa delendam esse
Andrzej.A
Salon się tego przestraszył, ale można powiedzieć, że uznał w tamtym czasie iż należy, czy też, że wypada się przyłączyć.
Minął rok i ludzie znowu przyszli żeby oddać cześć zmarłemu prezydentowi, oraz żeby poprzez samą swoją obecność wykrzyczeć władzy swoją niezgodę na aktualny stan państwa. Takim najsilniejszym wyrazicielem nastrojów społecznych stała się Ewa Stankiewicz i jej "namiot" na Krakowskim Przedmieściu.
Minął rok i ludzie nie zapomnieli, a tego żeby ludzie zapomnieli chciałby salon. Ale ludzie nie chcą zapomnieć. I znów nikt nikogo nie zwoływał poprzez komunikatory, chociaż owszem jakiś rodzaj organizacji w tym był skoro ludzie z całej Polski wynajmowali autokary i jechali razem aby zademonstrować swój sprzeciw.
I to wszystko wywołuje zawiść zazdrość i wściekłość salonu. Bo nikt nikogo odgórnie nie namawia, nie organizuje, natomiast pojawia się element samoorganizacji społecznej. Tej samoorganizacji o której salon bardzo chętnie rozprawia, wylewając jednocześnie krokodyle łzy, że jest z nią tak kiepsko w Polsce. A jak ma być z inicjatywami społecznymi w Polsce dobrze skoro jedyne przejawy takiej samoorganizacji są od ręki wyśmiewane i wyszydzane?
Dlaczego takie działania oddolne wywołują zawiść i zazdrość salonu?
A czy ktoś, ktokolwiek wykazywał jakąkolwiek oddolną inicjatywę żeby czcić kolejną rocznicę śmierci Kuronia, Geremka czy Miłosza?
Salon też do tego nie nawoływał, bo wiedział doskonale, że zdoła zgromadzić jakąś śmieszną liczbę uczestników, to wolał się nie kompromitować.
A taka sytuacja powoduje frustrację. Bo kto by przyszedł, paru czynowników UD/UW, paru "Zielonych" wraz z rodzinami - jakby się zebrało tysiąc luda to by były całe pieniądze i to by byli wszyscy "krewni i znajomi królika", zero obcych.
A tu sami obcy sobie ludzie, poznający się i zaprzyjaźniający właśnie podczas takiej manifestacji uczuć patriotycznych i to dla salonu jest groźne, przed tym salon broni się jak może, żeby ludzie nie byli razem, żeby każdy dbał tylko o własną dupę i nie interesował się innymi - tak samo jak za PRL-u. A wszelkie inicjatywy "oddolne" to są dobre, ale tylko wtedy gdy salon trzyma nad nimi pieczę i gdy ktoś z salonu koordynuje i rozdziela zadania, w przeciwnym przypadku to jest "oszołomstwo", "faszyzm", "ksenofobia" i oczywiście "antysemityzm".
Na 11 listopada kupiono podobno 10 tysięcy gwizdków, udało się rozdać kilkaset, czyli sterowana odgórnie akcja jest w stanie ściągnąć góra tysiąc luda, gdy tymczasem oddolna akcja zbiera lekko licząc kilkadziesiąt tysięcy uczestników. I nikt im nie płaci, nikt za darmo nie rozdaje gadżetów, przyjeżdżają z transparentami zrobionymi własnym przemysłem, za własne pieniądze. Nikt im nie podstawia opłaconych autokarów, nikt im nie donosi ciepłej herbaty, ani drożdżówek jak pielęgniarkom w 2007 roku. Tłuc się 7-8 godzin z takiego Wrocławia, żeby w Warszawie być na godzinę 8:41 na mszy, ale właśnie to ludzie zrobili i tym wywołali ZAWIŚĆ, ZAZDROŚĆ, WŚCIEKŁOŚĆ i FRUSTRACJĘ salonu.
Śmieszą mnie wypowiedzi Bratkowskiego, Kuczyńskiego, Lisa, Wołka, Żakowskiego, Paradowskiej, Michnika i jego cyngli z Czerskiej. Śmieszą, bo samym "wysokim C" emocji jakie są w tych wypowiedziach przekazywane sami siebie ośmieszają. Bo normalny dyskurs demokratyczny swoją słowną a fałszywą ekwilibrystyką doprowadzili do absurdu. Bo opisują nie realne działania swoich oponentów politycznych, ale fantomy swoich wyobrażeń, swoje lęki. Zarazili tymi lękami całkiem sporą grupkę współobywateli. Tylko jak się ci współobywatele obudzą z tego Matrixu, to wtedy ich pogonią.
A na kolejna rocznicę śmierci Kuronia, Geremka czy Miłosza i tak nikt poza funkcjonariuszami Ministerstwa Prawdy nie przyjdzie.
Powiązane artykuły:
http://pulldragontail.blogspot.com/2008/04/mediokracja-w-usa.html
http://pulldragontail.blogspot.com/search?q=media
Ceterum censeo Moskwa delendam esse
Andrzej.A
15 marca 2011
Bęłdy diagnostyczne
Błędy diagnostyczne – próba opisu rzeczywistości taką jaka ona jest, a nie jaka się wszystkim wydaje.
W książce „Czas wrzeszczących staruszków” RAZ stawia tezę i przytaczając odpowiednie argumenty ją udowadnia, że czas głównych protagonistów naszej sceny politycznej czyli Jarosława Kaczyńskiego i Adama Michnika to czas przeszły dokonany, z naciskiem na to, że jest to konflikt wygasły i przebrzmiały.
Należy podkreślić, że zarówno J. Kaczyński jak i A. Michnik są tu bardziej figurami retorycznymi niż rzeczywistymi personami. Są oni obaj najbardziej klasycznymi i wyrazistymi egzemplifikacjami poglądów i dążeń środowisk, które reprezentują. Łatwiej jest napisać, że J. Kaczyński to, to i tamto niż za każdym razem wypisywać, że środowisko niepodległościowe wyrosłe z tradycji AK to, i tak dalej. Analogicznie z drugiej strony, mówiąc o A. Michniku domyślnie mówi się o całym środowisku, które on reprezentuje włącznie z całym bagażem zaszłości, które na nich ciąży.
Ziemkiewicz ma dobre pióro, czyta się Go wartko. Dopiero po przeczytaniu tej pozycji i skonfrontowaniu zawartych tam argumentów z otaczającą nas rzeczywistością można dojść do wniosku, że zarówno teza jest wadliwa, jak i przedstawione dowody są nieadekwatne i niezupełne.
Ergo Ziemkiewicz popełnia błąd diagnostyczny.
W opozycji do tezy RAZ-a można postawić wręcz tezę odwrotną, sięgającą nawet głębiej w czasie. Otóż rozgrywany w Polsce konflikt nie jest powtórzeniem jak chce RAZ „wojny na górze” z początku lat 90 -tych, oraz nie jest to konflikt zakończony, ale jest to powtórzenie konfliktu z okresu II RP, gdzie z jednej strony była sanacja i piłsudczycy a z drugiej sterowana przez Moskwę KPP i lewicowa inteligencja. Dowodu na prawdziwość takiej tezy dostarczają chociażby wydarzenia jakie miały miejsce w Warszawie w dniu 11 listopada 2010 roku.
Określanie epitetem per faszyzm, faszyści ludzi demonstrujących z okazji Święta Odzyskania Niepodległości jest zaczerpnięciem wprost chwytu z frazeologii stosowanej przez Kreml wobec II RP.
Skądinąd przyjęło się w rozważaniach, że każdy kto pierwszy sięga w dyskusji do argumentu ad fasismu, to de facto przyznaje się do porażki w znaczeniu normalnej dyskusji.
Czyli koło, które zatoczyła historia nie jest kołem małym (20 letnim) jak chce Ziemkiewicz, ale kołem dosyć dużym (blisko 100 letnim). Ponadto rozgrywany konflikt jest rzeczą bieżącą, dziejącą się tu i teraz, zmieniła się jedynie technologia prowadzenia tej „wojny”, główny sens i cel pozostał ten sam.
Konflikt ten, sugerowany przez Ziemkiewicza, nie jest konfliktem przebrzmiałym, ale rozgrywającym się tu i teraz. Wprawdzie po aferze Rywin - Michnik znaczenie GW i A. Michnika osobiście wyraźnie zmalało, ale dla pewnej części lewicowców, a raczej lewaków, zwłaszcza starszego pokolenia to GW i A. Michnik osobiście są wyrocznią ostateczną, alfą i omegą.
Wprawdzie sam RAZ w jednym ze swoich wystąpień publicznych na pytanie publiczności stwierdził, że obecnie „Sauron znajduje się gdzieś w okolicach TVN”, to jednak dla sporej grupy ludzi starszych, tych którzy sympatyzowali z KOR-em i którzy mają trochę lepsze gusta niż te, którym schlebia TVN, to właśnie GW i jej nieformalny szef i spiritus movens są wyznacznikiem tego co jest au courant.
Z tego też powodu GW jest nadal w grze i nie należy podejrzewać, żeby z tej gry szybko wypadła. Również konkurenci do rządu dusz, czyli TVN, doskonale zdają sobie sprawę z tego, że tej części elektoratu, który ślepo podąża za głosem dobiegającym z ulicy Czerskiej przejąć nie są w stanie, a w każdym razie nie od razu i nie w 100 procentach.
Wynika z tego jeszcze jeden wniosek. Wszelkie tezy o końcu historii, postpolityczności, końcu wielkich idei, końcu wielkich wyzwań stawianych przed Narodem są zwykłym fałszem i mydleniem oczu maluczkim. Niejako pośrednio potwierdzają poprawność takiej diagnozy sami specjaliści od PR i narracji politycznej, ludzie tacy jak Eryk Mistewicz (chyba on najbardziej).
Otóż Eryk Mistewicz w swoich opisach rzeczywistości praktycznie zawsze przyrównuje polityków prawicy takich jak Jarosław Kaczyński do polityków XIX wiecznych, tworząc dychotomię XIX versus XXI wiek.
A gdzie przepraszam do ciężkiej cholery się panu Mistewiczowi podział wiek XX. Zwłaszcza, że w wieku XX w Polsce była całkiem spora grupa polityków, którzy wprawdzie wyrastali jeszcze w wieku XIX, ale swoje cele i dążenia realizowali i to dosyć skutecznie właśnie w wieku XX.
Samo to porównanie ma niejako deprecjonować polityków prawicy, wskazywać na anachroniczność ich postaw, dążeń, celów przez nich stawianych i wszystkiego co się z nimi wiąże.
Czyli poprawnie rozumując Eryk Mistewicz nie jest ot takim sobie „fachowcem do wynajęcia” jak sam siebie chce przedstawiać, ale człowiekiem, który aktywnie uczestniczy i wpływa na rzeczywistość poprzez stawianie i upublicznianie swoich diagnoz. Ergo jest to agent wpływu aktywnie zaangażowany w aktualną sytuację w Polsce. (Jakby ktoś chciał by mi za powyższe zdanie wytoczyć proces, to ja od ręki się zastrzegam, że są to moje opinie, do których mam prawo, oraz, że jest to owoc moich osobistych przemyśleń wynikających ze zwykłych zasad logiki, oczywiście z pominięciem dialektyki marksistowskiej, takich zwykłych platońskich zasad logiki).
Książka profesora Legutko „Esej o duszy polskiej” zawiera między innymi tezę o zerwaniu ciągłości historycznej, ciągłości miejsca zamieszkania Narodu, ciągłości odwiedzanego nawet choćby tylko raz do roku cmentarza, gdzie są pochowani członkowie rodziny na wiele pokoleń wstecz.
Wszystko to prawda, jednakże profesor chyba zapomina lub też nie zauważa paru istotnych elementów. Te elementy to ciągłość przekazu mówionego, ciągłość rodzin, ciągłość przekazywanych z pokolenia na pokolenie przepisów kulinarnych, ciągłość sposobu obchodzenia świąt. Te elementy stanowią o ciągłości na co najmniej równym poziomie jak fakt zamieszkiwania od pokoleń w określonym miejscu.
Przez 45 lat komunizmu nie mówiło się o pewnych rzeczach – nie opowiadało się młodym ludziom pewnych spraw aby ich uchronić przed konsekwencjami, które mogły by się pojawić. Nie mówiło się, że dziadek był w NSZ-cie, a ojciec wrócił po wojnie nie w 45 czy 48 a dopiero 10 lat później. Bo jakby to powiedziano to trzeba by było młodemu człowiekowi również wyjaśnić dlaczego tak się działo i czym był NSZ. A jest taki okres w życiu każdego młodego człowieka, że po takiej opowiastce to pierwszemu napotkanemu na ulicy funkcjonariuszowi ładuje się kosę w bebechy. Właśnie przed tym chroniły rodziny młode pokolenia przez 45 lat.
Po 1989 roku wiele takich opowieści przeniknęło do młodszych pokoleń
Profesor Legutko opisując to zerwanie ciągłości stawia domyślnie tezę, że jest to proces, który się zakończył.
I tu tkwi błąd.
Ten proces trwa nadal, przybrał tylko inną postać. Już nie wysiedlenia, deportacje, pacyfikacje. Już nie latający z naganem komisarz, ale zupełnie co innego. Te inne metody to zmiana wzorca kulturowego uporczywie lansowana w mediach, to zaniżenie poziomu kształcenia na wszystkich szczeblach, to próba eliminacji pojęcia Narodu z języka potocznego i debaty publicznej. To promowanie postaw kontrkulturowych, destrukcyjnych, nihilistycznych. To wprowadzenie do debaty publicznej języka knajackiego i takichże samych osób, z półświatka, z marginesu, z lumperki.
Ten proces trwa nadal.
Przytoczyłem powyżej dwa przykłady błędów diagnostycznych jakie według mnie robią ludzie będący w większym bądź mniejszym stopniu uznawanymi za zaplecze intelektualne myśli prawicowej w Polsce. Jak sądzę skutecznie wykazałem błędy jakie popełniają nawet takie tuzy publicystyki jak RAZ i Legutko, chociaż w przypadku profesora jest to raczej niedopowiedzenie, a nie klasyczny błąd diagnostyczny. Ale to niedopowiedzenie jest również niezwykle groźne, bo osłabia czujność, bo przestajemy zwracać baczną uwagę na procesy jakie zachodzą aktualnie w Polsce, bo nie patrzymy z uwagą na to jakiej indoktrynacji podlegają w szkołach nasze dzieci. Bo przestajemy zwracać uwagę na poziom kształcenia jaki jest aplikowany naszym dzieciom. A są to wszystko niezwykle istotne rzeczy.
Można też oczywiście powiedzieć, że obaj wymienieni autorzy nie popełnili błędów, a jedynie dokonali spłycenia opisu rzeczywistości, oraz że nowe wydarzenia, które miały miejsce po opublikowaniu tych pozycji zmieniły opis rzeczywistości, lub też pozwoliły na wyostrzenie i postawienie precyzyjniejszej diagnozy.
Jednakże takie spłycenie przekazu również należy uznać za błąd. Bo to jednak dosyć zasadnicza różnica. Wyjaśnienie tych różnic większej części populacji niewątpliwie zmieniło by obraz naszej sceny politycznej.
Uświadomienie ludziom, że dają się wodzić za nos ewidentnym moskiewskim poputczikom też powinno zmienić nastawienie elektoratu do aktualnej sytuacji politycznej i zaowocować potężną zmianą przy urnach wyborczych.
Należy podkreślić, że tak zwana „myśl lewicowa”, a precyzyjniej byłoby ją nazwać, „myślą moskiewską” ustawiła się w niezwykle sprytnej pozycji.
Dawniej to gdy komisarz z naganem latał po wsi i pod groźbą tegoż nagana zabierał chłopom owoc ich pracy to wrzeszczał, że jest „internacjonalistą”, gdy jednak w tej samej wsi chłopi tegoż samego komisarza przyszpilili w końcu widłami do drzwi stodoły to natychmiast podnosił się rwetest, że oto, zabito żyda, to antysemici, faszyści, chcieli by tu komór gazowych.
Wprawdzie nikt teraz po wsiach z naganem nie lata, ale zbyt krytyczne zdania na temat GW i innych tego typu firm spotykają się z takim samym odzewem: „Tępicie nas, bo jesteśmy żydami”. Otóż nie, tępimy was za to co mówicie, robicie i do czego zmierzacie, a nie za to, do jakiej świątyni chodzicie, bądź też nie chodzicie do żadnej, bo ten element to guzik nas obchodzi.
Z powyższego wynika, że konflikt polityczny rozgrywany w Polsce, a precyzyjniej się wyrażając, prezentowany przez media, jest zupełnie czym innym, niż to co jest w rzeczywistości. Media mówią o wzroście znaczenia kraju na arenie międzynarodowej, gdy tymczasem dochodzi do wręcz kuriozalnego obniżenia statusu naszego kraju.
Media mówią o unowocześnieniu, a faktycznie chodzi o zerwanie tych resztek ciągłości kulturowej, o których pisze Legutko.
Media trąbią o odradzającym się faszyzmie gdy nie mogą sobie poradzić z pewną częścią społeczeństwa, która z różnych powodów nie jest podatna na demagogię, sofizmaty i erystykę serwowaną w codziennym przekazie.
Media stosują pedagogikę wstydu wobec społeczeństwa, „to obciach być Polakiem” - lepiej się czuć europejczykiem, „to obciach mieszkać w Polsce” - lepiej mieszkać w Londynie i tam pracować na zmywaku, byle tylko nie myśleć o Polsce.
Media trąbią o antysemityzmie gdy potomek, niekoniecznie genetyczny – raczej mentalny, komisarza z naganem wygaduje bzdury i za te bzdury jest krytykowany. To taka krytyka jest natychmiast sprowadzana do kwestii etnicznych bądź wyznaniowych.
Media trąbią o tolerancji, by chwilę potem z całym spokojem wyśmiewać starokawalerstwo jednego z polityków, nie stroniąc przy tym od sugestii, że to z przyczyn homoseksualnych. Zresztą w tej samej konwencji młodsi politycy współpracujący z J.K. również są o takie same skłonności podejrzewani. Sugestie, że są kochankami były aż nadto czytelne.
Przeinaczanie wypowiedzi, wyrywanie kilku słów z kontekstu, to już norma.
Zafałszowywanie relacji ze zdarzeń bieżących, ale również historycznych jest na porządku dziennym.
Zafałszowywanie znaczenia pojęć, czyli logomachia stała się chlebem powszednim.
Uczestniczą w tych działaniach całe redakcje, całe firmy medialne. Wiadomości się już nie przekazuje, ale zarządza nimi.
Nie mówi się o polityce, ale o politykach, ogląd społeczny polityki jest funkcją oglądu polityka, tego jaki ma wzrost, jak jest ubrany, czy jest uśmiechnięty.
Nie rozważa się meritum wypowiedzi polityka, ale to co na temat polityka ma do powiedzenia inny polityk, czasem jakiś celebryta.
Media, które powinny uczyć ludzi systemu demokratycznego, powinny przygotowywać ludzi do aktywnego uczestnictwa w procesie politycznym nie czynią tego. Przekazują tylko informacje, które nie mają żadnego wydźwięku, a z rzeczy istotnych tworzą pośmiewisko.
„Zdolność społeczeństw do zapominania jest ogromna, dlatego media powinny odgrywać swoją rolę przy stałym edukowaniu i przypominaniu społeczeństwom o rzeczach dla nich istotnych”. Tak, to powiedział, a właściwie napisał Adolf Hitler, ale czy z tego powodu, że powiedział to zbrodniarz i paranoik, to zdanie to straciło swoją wartość. Nic podobnego, zdanie to jest jak najbardziej prawdziwe, a obserwując działania krajów ościennych możemy stwierdzić, że maksyma ta jest wykorzystywana w 100 jak nie w 200 procentach.
Media w Polsce powinny się określić, czy są ze społeczeństwem, czy też przeciwko, czy są z Narodem, czy też przeciwko, bo dotychczasowa działalność wskazuje, że są przeciwko.
Powstaje tutaj, to znaczy w sprawie mediów, pewien problem. Ponieważ media przez wiele lat podgrzewały atmosferę i utrzymywały swoich zagorzałych zwolenników w stanie permanentnego pobudzenia emocjonalnego, żeby nie powiedzieć rozedrgania na granicy amoku, to te same media muszą teraz stale owo wzmożone napięcie podtrzymywać. Bo jeśli by pozwoliły swoim wyznawcom na chwilę odpoczynku, wytchnienia to natychmiast by straciły całą olbrzymią rzeszę ludzi podążających ślepo za nimi. Również jakiś większy błąd w budowaniu przekazu, jakakolwiek afera typu afery Rywin – Michnik, jakiekolwiek poważniejsze starcie firm medialnych musi zaowocować masowym odpływem wyznawców. A ponieważ ci „wierzący mediom” tak bardzo im zawierzyli, to wytrącenie ich z tego stanu „wiary” może być dla mediów i partii przez media wspierane niezwykle bolesne.
Konflikt polityczny rozgrywany w Polsce na naszych oczach jest kontynuacją wprost konfliktu z II RP, a wizyty jakie odbył w roku 1988 (1989) i w 2010 A. Michnik w Moskwie muszą w związku z tym budzić jak najgorsze skojarzenia. Ludzie mieniący się „lewicą”, a precyzyjniej było by ich nazwać agenturą Moskwy nie odpuszczą.
Nie odpuszczą bo nie mogą.
Nie odpuszczą, bo się boją.
Boją się tego, że zostanie wobec nich zastosowane to samo co oni i ich poprzednicy zastosowali w Polsce po 1945 roku. Sami doskonale wiedzą za ile istnień ludzkich są odpowiedzialni i tego się właśnie boją, tej odpowiedzialności.
A ponieważ wobec nas stosowali odpowiedzialność zbiorową, to uważają, że również wobec nich zastosowane zostanie to samo.
A ja powiem tak, że gdyby się tak nie bali, gdyby tyle nie mieszali, to pies z kulawą nogą by się nimi w tej chwili nie interesował. Owszem Jaruzelskiego, Kiszczaka i jeszcze paru by się pewnie do pierdla posadziło, ale to było by wszystko.
Obecnie jednak para pod kotłem zaczyna przechodzić w stan przegrzania, za chwilę kocioł może pierdyknąć i wtedy rzeczywiście warunki rozliczeń będzie dyktować ulica, a nie Jarosław Kaczyński.
Tak wygląda rzeczywistość, cała reszta to sztafaż, zasłona dymna, pic i fotomontaż, pozłotka, która schodzi przy najlżejszym zadrapaniu.
Cała reszta to MONTAŻ.
Z tego jednego prostego faktu wynika wszystko inne. Działania polityków, dziennikarzy wynikają wprost z faktu, po której stronie tego konfliktu się znaleźli. Pora to zrozumieć i taką dychotomię świadomie i konsekwentnie przekazywać dalej, żeby jak najwięcej ludzi było świadomych tego co jest na rzeczy. Żeby ludzie nie dawali się nabierać na jakieś nic nie znaczące drugorzędne a czasem wręcz trzeciorzędne kwestie. Żeby ludzie wiedzieli, że z jednej strony jest partia moskiewska, a z drugiej Polski Naród.
Ceterum censeo Moskwa delendam esse
Andrzej.A
Etykiety:
media,
mediokracja,
politycy,
polityka,
rzeczywistość
28 lutego 2011
Dane, dajcie nam dostęp do źródeł !!!
Źródło:
http://wpolityce.pl/view/778/Prof__Kisielewicz_dla_wPolityce_pl___Polskie_sondaze_to_humbug__Roznice_jakie_prezentuja_osrodki_sa_nieakceptowalne__.html
Z artykułu wynika, że od 80 do 90 procent ludzi indagowanych przez ankieterów czy to na ulicy, czy też telefonicznie wysyła ankietera "na drzewo" żeby nie powiedzieć dosadniej.
A jednak znajdują się ludzie, którzy potem na podstawie tak spreparowanych wyników snują rozważania na temat tego jaka będzie przyszłość polityczna. No cóż, można i tak.
Z artykułu wynika, że firmy badawcze są stroną konfliktu politycznego, podobnie jak media.
Zastanawiające jest w tym wszystkim co innego. Tym co mnie zastanawia jest to, że DOPIERO TERAZ powstaje tekst specjalisty matematyka, który odnosi się krytycznie do tego co prezentowane jest jako "wynik badawczy".
Przecież rozbieżności nie pojawiły się po raz pierwszy w ciągu ostatniego roku. To się ciągnie od kilku lat.
Dopiero około miesiąca temu grupa pracowników naukowych z różnych szkół wyższych raczyła wystosować list otwarty - apel o większą uczciwość w informowaniu opinii publicznej.
Identycznie jest z komentarzem politycznym i analizą faktów przez dziennikarzy i mam tu na myśli jedynie tych dziennikarzy, których jeszcze dziennikarzami można nazwać, takich jak RAZ, Zaremba, Karnowscy, czy jeszcze paru innych.
Przecież ci ludzie pracując w dużych firmach medialnych mają o wiele lepszy dostęp do danych niż blogerzy. A jednak pewne rzeczy wręcz ukrywają. Dopiero zapoznawanie się kilkoma stanowiskami (opisami rzeczywistości) i wychwytywanie jakichś tam minimalnych różnic powoduje, że pewne rzeczy wychodzą na światło dzienne. Tak było przy aferze Rywin-Michnik i tak jest przy badaniu "Sprawy Smoleńskiej".
Można prześledzić większą część wpisów na blogach ludzi, którzy się tym zajmują. Wbrew obiegowym opiniom tezy o zamachu nie pojawiają się od razu, a zaczynają się pojawiać dopiero wtedy, gdy wychodzą na światło dzienne różne nieścisłości, niejasności i kanty. Ale te same dane nie powodują zmiany stanowiska komentatorów.
Dlatego apeluję, DAJCIE NAM DOSTĘP DO DANYCH, zarówno tych statystycznych z sondaży jak i tych z rozmów ze "źródłami nieoficjalnymi", tych wszystkich wypowiedzi "off the record".
Ceterum censeo Moskwa delendam esse
Andrzej.A
http://wpolityce.pl/view/778/Prof__Kisielewicz_dla_wPolityce_pl___Polskie_sondaze_to_humbug__Roznice_jakie_prezentuja_osrodki_sa_nieakceptowalne__.html
Z artykułu wynika, że od 80 do 90 procent ludzi indagowanych przez ankieterów czy to na ulicy, czy też telefonicznie wysyła ankietera "na drzewo" żeby nie powiedzieć dosadniej.
A jednak znajdują się ludzie, którzy potem na podstawie tak spreparowanych wyników snują rozważania na temat tego jaka będzie przyszłość polityczna. No cóż, można i tak.
Z artykułu wynika, że firmy badawcze są stroną konfliktu politycznego, podobnie jak media.
Zastanawiające jest w tym wszystkim co innego. Tym co mnie zastanawia jest to, że DOPIERO TERAZ powstaje tekst specjalisty matematyka, który odnosi się krytycznie do tego co prezentowane jest jako "wynik badawczy".
Przecież rozbieżności nie pojawiły się po raz pierwszy w ciągu ostatniego roku. To się ciągnie od kilku lat.
Dopiero około miesiąca temu grupa pracowników naukowych z różnych szkół wyższych raczyła wystosować list otwarty - apel o większą uczciwość w informowaniu opinii publicznej.
Identycznie jest z komentarzem politycznym i analizą faktów przez dziennikarzy i mam tu na myśli jedynie tych dziennikarzy, których jeszcze dziennikarzami można nazwać, takich jak RAZ, Zaremba, Karnowscy, czy jeszcze paru innych.
Przecież ci ludzie pracując w dużych firmach medialnych mają o wiele lepszy dostęp do danych niż blogerzy. A jednak pewne rzeczy wręcz ukrywają. Dopiero zapoznawanie się kilkoma stanowiskami (opisami rzeczywistości) i wychwytywanie jakichś tam minimalnych różnic powoduje, że pewne rzeczy wychodzą na światło dzienne. Tak było przy aferze Rywin-Michnik i tak jest przy badaniu "Sprawy Smoleńskiej".
Można prześledzić większą część wpisów na blogach ludzi, którzy się tym zajmują. Wbrew obiegowym opiniom tezy o zamachu nie pojawiają się od razu, a zaczynają się pojawiać dopiero wtedy, gdy wychodzą na światło dzienne różne nieścisłości, niejasności i kanty. Ale te same dane nie powodują zmiany stanowiska komentatorów.
Dlatego apeluję, DAJCIE NAM DOSTĘP DO DANYCH, zarówno tych statystycznych z sondaży jak i tych z rozmów ze "źródłami nieoficjalnymi", tych wszystkich wypowiedzi "off the record".
Ceterum censeo Moskwa delendam esse
Andrzej.A
Subskrybuj:
Posty (Atom)