04 sierpnia 2010

W demokracjach roi się od skandalistów, trafiają się i kanalie.

Tekst jak również tytuł pochodzi z tego adresu: http://niezalezna.pl/article/show/id/37322/articlePage/1
i jest autorstwa Piotra Lisiewicza. Tytuł zmieniłem względem pierwotnie przez autora nadanego.
Oto ten tekst.

20 października 1940 r. Josephowi Goebblesowi urodziło się szóste dziecko. Nadał mu przydomek „dziecko pojednania”. Zapisał, iż marzy, że w następnym tomie swoich dzienników będzie mógł napisać „piękne słowa”, że „znowu nastał pokój” – opisuje autor biografii Goebbelsa Ralf Georg Reuth. Już wcześniej minister propagandy III Rzeszy lansował hasło „zjednoczonego narodu”: „Wszyscy należą do wspólnoty, i nie jest to już żaden frazes: staliśmy się zjednoczonym narodem braci”.


Joseph, Jerzy, Janusz – tak się składa, że imiona wszystkich trzech panów zaczynają się na „J”. „Wciąż od nowa judzić i podbechtywać” – brzmiało motto „kuśtykającego diabła” dr. Goebbelsa. Jerzego Urbana dopiero od pięciu lat wolno nazywać u nas w majestacie prawa „Goebbelsem stanu wojennego”. W 2005 r. po 13 latach zakończył się bowiem proces, jaki Urban wytoczył za takie porównanie Ryszardowi Benderowi. Sąd zdecydował ostatecznie, że Bender przepraszać nie musi.


A co łączy Goebbelsa, bezrobotnego doktora filozofii z katolickiej rodziny, urodzonego w małym miasteczku Rheydt w Dolnej Nadrenii, z Palikotem, filozofem po Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, urodzonym w małym miasteczku Biłgoraj na Lubelszczyźnie?


Analiza tego, jak do władzy dochodzą jednostki o skłonnościach psychopatycznych zdolne do zaszczuwania wrogów i plucia na ich groby po śmierci, to temat na opasłe rozprawy dla mądrzejszych ode mnie autorów. Niniejszy tekst to tylko skromny przyczynek do opisu choroby.


Plagiat Palikota, czyli Kaczyński, Pyjas i ks. Zych jako ofiary alkoholu


W pierwszym wpisie na swoim blogu po tragedii smoleńskiej Janusz Palikot napisał, dość umiarkowanie: „Jeszcze zanim wszystkie okoliczności sprawy zostały wyjaśnione, zanim śledztwo zostało zakończone, przeciwnicy władz (...) starają się zbić jak największy kapitał polityczny na tej sprawie, żerując w sensie politycznym na tej tragedii. Bardzo zachęcam Państwa do tego, aby pochopnie nie komentować zdarzeń przed zakończeniem śledztwa, aby zbyt łatwowiernie nie przyjmować mnóstwa plotek i wieści, jakie na ten temat po Warszawie krążą”.


No dobrze, to nie Janusz Palikot po śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego, lecz Jerzy Urban po zamordowaniu Grzegorza Przemyka, na konferencji
prasowej z 24 maja 1983. Można się pomylić, prawda?


Ktoś powie, że to przesadne zestawienie. Cóż, na początku lipca 2010 r. Palikot udzielił wywiadu tygodnikowi Urbana. Jeśli więc ktoś chciałby protestować przeciwko porównywaniu PR-owców partii Wojciecha Jaruzelskiego i Donalda Tuska, to można domniemywać, że robi to trochę wbrew woli samych zainteresowanych.


Palikot uznał widać, że taki wywiad mu nie zaszkodzi. Wyraźnie naśladując języka Urbana, powiedział w nim: „Śmierć Lecha Kaczyńskiego, a zwłaszcza wszystko, co było po niej, było jednym wielkim katonarodowym oszustwem”. Przypomnijmy, iż gdzie indziej Palikot pytał: „Czy pobrano i przebadano krew Lecha Kaczyńskiego
W mediach wypowiedzi te były newsem numer jeden. Powtarzano je tysiące razy. Z oburzeniem, neutralnie lub z komentarzem, że wszystkie wersje trzeba sprawdzić. Tak wyglądała w praktyce realizacja goebbelsowskiego prawa, iż „Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”.


Gdy okazało się, że z sekcji zwłok wynika, iż nie ma śladów alkoholu, Palikot stwierdził, że to tym gorzej, gdyż prezydent działał świadomie. Wycofanie się Palikota budzi zdziwienie. Przecież jest oczywiste, że prezydent zginął przez alkohol. Taka już tradycja wśród polskich patriotów. Staszek Pyjas zginął nie za marzenia o wolnej Polsce, ale dlatego, że przypadkiem spadł po pijaku ze schodów. Ks. Sylwester Zych też – jak wiadomo – umarł nie z powodu zarzucanych mu wcześniej prób obalenia ustroju przemocą, lecz dlatego, że w czasie wakacji upił się do nieprzytomności. Kartki wysyłane ks. Stanisławowi Suchowolcowi o treści „Zginiesz jak Popiełuszko” nie miały nic wspólnego z jego śmiercią. Milicja odnalazła przecież na jego plebani butelkę wódki. Że ksiądz był akurat abstynentem? Pewnie udawał. Pijani byli też zamordowani górnicy z kopalni „Wujek” uzbrojeni w, cytat z Urbana, „dzidy rozgrzane w ogniu, tak że przebijały tarcze, którymi chronieni byli milicjanci”.


Śmierć wrogów ustroju bardzo często także pośrednio kojarzyła się z alkoholem. „W rejonie restauracji »Teatralna« znaleziono rannego człowieka” – tak śmierć krakowianina Ryszarda Smagura opisywał Urban w czasie konferencji prasowej. Zaznaczył, że „w tamtym rejonie, gdzie był znaleziony, nie było żadnych zdarzeń typu rozpraszanie tłumu”.


Jak było naprawdę, opowiedział niedawno „Gazecie Krakowskiej” Jan Franczyk: „ZOMO strzelało do nas granatami z gazami łzawiącymi. Zaczęliśmy uciekać. Popatrzyłem do tyłu i zobaczyłem, jak dwóch mężczyzn biegło, ciągnąc słaniającego się na nogach człowieka. Okazało się, że prowadzą rannego, którego położyli na trawniku koło restauracji »Teatralna«. Z przerażeniem zobaczyłem, że w szyi ma dziurę wielkości pięciozłotówki. Ranny nie mógł powiedzieć ani słowa, tylko charczał. Na moich oczach jego twarz robiła się coraz bledsza, aż w końcu stała się niemal biała. Po raz pierwszy zobaczyłem, jak życie uchodzi z człowieka, to było przerażające”.


W Poznaniu 19-letni uczeń Piotr Majchrzak miał według prokuratury zostać zabity parasolem przez pijanego mężczyznę, który chciał wejść do restauracji WZ. Dopiero w tym roku zgłosił się świadek, który powiedział, że zomowcy mówili mu, że to oni zabili Majchrzaka. Matkę 19-latka zastraszano groźbami, że jeśli będzie domagać się prawdy, zginie drugi syn. „Zdechniesz, świnio” – takie przysyłano jej kartki.


Palikot pytając o pijanego Kaczyńskiego, plagiatuje Urbana i bezpiekę. Czy tylko plagiatuje? Czy to także poszlaka, kto stoi za Palikotem? Nie wiemy. Możemy tylko – jak Palikot – pytać. Wiemy natomiast, że prezydent naraził się, z grubsza biorąc, tym samym siłom, co tamci. Moskwie rządzonej przez ludzi KGB oraz polskiej wojskowej bezpiece.


Palikot delikatnie zastrasza rodziny, by nie domagały się ekshumacji


Ktoś powie, że mimo wszystko przesadą jest porównywanie tuszowania komunistycznych zbrodni przez Urbana ze skandalicznymi wypowiedziami Palikota o smoleńskiej tragedii, która mogła być przecież wypadkiem. Cóż, Urban pytany przez „Dziennik”, czy Tusk zasłużył sobie na jego uznanie, odpowiedział: „Wieloma rzeczami, ale nie chcę mu prawić komplementów, bo tylko mu zaszkodzę. Najważniejsze jest jednak to, że zapewnia stabilizację. Chroni mnie przed obozem nienawistników, którym przewodzą Kaczyńscy. Z ich nacjonalizmem, mitem suwerenności”.


Mimo to chciałbym powiedzieć to wyraźnie: niniejszym bardzo mocno zawężam w tym tekście szkicowane analogie. Rządu Tuska, który oceniam fatalnie, nie wolno porównywać do zbrodniczych rządów nazistów czy komunistów. Więcej: mimo skandalicznych wybryków dość długo nie stosowałbym podobnych porównań do Janusza Palikota. W demokracjach roi się od skandalistów, trafiają się i kanalie.
Ale przyszedł Smoleńsk, po którym demokracja powiedziała do Palikota: sprawdzam. I odsłoniła twarz szumowiny, pasującej do najohydniejszych systemów totalitarnych. Okazało się też, że Tusk i Komorowski nie mają oporów, by używać takiej postaci do swoich politycznych gier, skoro okazuje się skuteczna. Demokracja, w której tacy ludzie odgrywają jakąkolwiek znaczącą rolę, jest chora, a jej istnienie zagrożone.


Przed Smoleńskiem Palikota próbowaliśmy pomijać milczeniem, uznając, że każde słowo na jego temat popularyzuje go. Teraz już milczenie nic nie da. Musimy cytować to, czym się brzydzimy. Stwierdzam to z całą odpowiedzialnością: pomiędzy utrudnianiem przez Palikota szukania prawdy o Smoleńsku a tuszowaniem komunistycznych zbrodni przez Urbana nie widzę żadnej istotnej różnicy. I to niezależnie, czy doszło tam do zamachu, czy wypadku.


Najbardziej wyraziście pokazuje to barbarzyńska wypowiedź Palikota na temat śp. Przemysława Gosiewskiego. Powściągnijmy na chwilę obrzydzenie i poddajmy ją logicznej rozbiórce. Padła ona po tym, jak Beata Gosiewska ogłosiła, że chce ekshumacji męża, m.in. dlatego, że jego garnitur, w którym miał być pochowany, wrócił do niej. „Gosiewski żyje. Widziano go na peronie we Włoszczowej, jak zmagał się z Ruskimi, ale dał radę” – napisał Palikot. Stwierdził przy tej okazji także: „Trzeba ekshumacji wszystkich zwłok” oraz „być może Rosjanie je porwali i dziś przetrzymują na granicach dawnego imperium”. Po tej wypowiedzi synek Gosiewskiego, za mały, by ją zrozumieć, pytał, czy to prawda i czy tata naprawdę wróci.


W 1985 r., we wstępie do książki Pojedynek, Urban pisał: „Prasie krajowej, na konferencjach prasowych dla niej przeznaczonych, nie wypada wręcz pytać rzecznika rządu, czy to prawda, że polskie władze zjadają dzieci na surowo. To znaczy, mówiąc metaforycznie, czy to prawda, że np. pewien pan, który zabił się po pijanemu, nie został aby zamordowany przez milicję”. Otóż wypowiedź Palikota jest z tego samego gatunku, tyle że w tym przypadku Palikot przebił Urbana.


Ale słowa Palikota są nie tylko ohydne, ale także doskonale
przemyślane. Przy sprawnym warsztatowo użyciu ironii mają zdezawuować pomysły ekshumacji ofiar, których wyniki mogłyby pokazać coś dla Rosji niewygodnego. Jeśli Rosja miałaby coś na sumieniu – zamach lub skandaliczne zaniedbania – i miałaby w Polsce potężnego agenta wpływu, powinien on powiedzieć dokładnie to, co powiedział Palikot.


I jeszcze jedna analogia. Może niepełna, ale istotna. Teresę Majchrzak zastraszano kartkami „Zdechniesz świnio”, by nie szukała prawdy. Dziś Beata Gosiewska zastraszana jest przez Palikota tym, że publicznie będzie się robić z niej wariatkę i znowu cierpieć będzie jej dziecko. Inne wdowy też usłyszały czytelny komunikat: nie domagajcie się ekshumacji, bo będziecie musiały przeżywać to, co Beata Gosiewska.


Pazerni Żydzi, pazerna „Solidarność”, pazerna Marta Kaczyńska


Palikot zadaje na swym blogu pytanie, czy Marta Kaczyńska otrzyma 3 mln zł po śmierci rodziców, którzy na taką kwotę mieli być ubezpieczeni. „Czy jest prawdą, że wszystkie inne ofiary katastrofy były ubezpieczone na sumy 100, 200 i 300 razy mniejsze?”. I gdzie indziej: „Marta i Jarosław powinni przeprosić wdowy po zmarłych za to, że Lech wymusił lądowanie, a oni zginęli. W miejsce tego słyszymy sterty obelg. I słyszymy o milionowych polisach, mieszkaniu w pałacu – wstyd i hańba! Gówno wybiło!”. Cóż, nie sposób oprzeć się spostrzeżeniu, że Palikot jest znacznie mniej inteligentny od Goebbelsa czy Urbana – co widać na pierwszy rzut oka – i nadrabia większą dawką chamówy.


Czym różni się to od propagandy Urbana dotyczącej rzekomych malwersacji finansowych trzymanych w więzieniu ludzi „Solidarności”? Zapewne większym barbarzyństwem, bo atak wymierzony jest w kobietę, która straciła właśnie oboje rodziców.
A czym różni się od propagandy Goebbelsa o pazerności Żydów? Wszak ulubionym jego kinowym dziełem był film Żyd Suss. Nie odwracajcie głów, koledzy dziennikarze zaśmiewający się z dowcipów Palikota o Marcie Kaczyńskiej. Nie jesteście lepsi od dziennikarskiej świty Goebbelsa.


Czy Hindenburg jeszcze żyje?


Za życia prezydenta Kaczyńskiego Palikot mówił, że jest on martwy, jest trupem. Komponowało się to z pytaniami o chorobę prezydenta. Podejrzliwi mogliby tu szukać bezpośredniej inspiracji dr. Goebbelsem, który w 1929 r. w piśmie „Angriff” opublikował artykuł Czy Hindenburg jeszcze żyje?.


Aby uniknąć odpowiedzialności karnej, Palikot często posługuje się pytaniami, niedomówieniami i insynuacjami. Notoryczne stosowanie niedomówień tak, by wszyscy wiedzieli, o kim mowa, ale jednocześnie by nie było podstaw do zarzutów karnych, było znakiem rozpoznawczym Goebbelsa przez objęciem władzy przez NSDAP.


W 1928 r. berliński sąd skazał go na trzy tygodnie aresztu za artykuły o zastępcy komendanta berlińskiej policji „świadczące o całkowitej moralnej pogardzie dla przeciwnika” oraz „niedającej się uzasadnić nienawiści i brutalności”. W artykułach Goebbelsa pojawiał się on pod pseudonimem „Izydor”. Sam Goebbels tłumaczył niewinnie: „Izydor: to nie pojedynczy człowiek, to żadna osoba w sensie prawnym (...). Izydor to zniekształcony przez obłudę synonim tak zwanej demokracji”.


„Czy Jarosław jest Jarosławą? Czy Jarosław Kaczyński jest kobietą – jak zasugerowała kilka dni temu Nelly Rokita? (...) Czy nie nazbyt wiele za tym przemawia? Wśród bliźniaków jednojajowych często jedno z nich jest homoseksualistą. Tak przynajmniej twierdzą medycy. Jarosław, w przeciwieństwie do Lecha, nie ma żony, dzieci, z kobietami trudno go spotkać, a mieszka z mamą i kotem” – pytał Palikot.


Poniżanie wroga poprzez przypisywanie mu homoseksualnych skłonności było częścią repertuaru Goebbelsa (nie przeszkadzał temu znany homoseksualizm wielu nazistów, tak jak Palikotowi nie koliduje to z obroną gejów). Goebbels opowiadał o rzekomych „ekscesach homoseksualnych klechów” oraz „wołających o pomstę do nieba skandalach kaznodziejów moralności”. Wulgarne wypowiedzi z seksualnym podtekstem łączą Goebbelsa, Urbana i Palikota. Jak choćby wtedy, gdy ten ostatni mówił o Grażynie Gęsickiej: „Przykro mi, że prostytucja w polityce sięga nawet pani minister Gęsickiej”.


Wszystkich trzech łączy też fakt, że wypowiadając oszalałe z nienawiści tyrady, tłumaczą po chwili, że to ich wrogowie są agresywni. Goebbels chciał tylko „wyciągnięcia ostatecznych konsekwencji wobec Żydostwa”. Urban tylko bronił się przed oszalałą ekstremą, chcącą wieszać komunistów. Palikot tylko broni siebie i swojej partii przed agresją i nienawiścią Kaczyńskiego czy Macierewicza.


Polskie media goebbelsowskie


Jak to możliwe, że my się na to godzimy? Widzimy, że Palikot nie jest ani odrobinę mniej niegodziwy od Urbana. Ale ta prawda nie jest głoszona publicznie, bo uderzałaby w zbyt wielu. Oznaczałaby, że nie mniej niegodziwi są także jego mocodawcy i wspólnicy. Tak, Tusk ponosi nie mniejszą winę za tuszowanie przy pomocy Palikota odpowiedzialności za Smoleńsk, co Jaruzelski za konferencje prasowe Urbana o śmierci Przemyka. To straszna prawda.

Ale to nie wszystko. Wspólnicy Palikota to także media. Ktoś powie, że Palikota pełno w mediach, bo skandaliczne newsy dobrze się sprzedają. Śmieszne. To argumentacja dla naiwnych. Nie, drodzy naiwniacy, nie w postkomunizmie, gdzie główny przekaz medialny jest ściśle kontrolowany przez media, których właściciele, szefowie oraz liczni reklamodawcy wywodzą się z dawnego komunistycznego totalitaryzmu. Główne media nagłaśniają Palikota, bo uznają, iż to, że miesza on ich wrogów z gównem, jest dla nich korzystne. Wiedzą to wszyscy rozumiejący polską politykę od prawa do lewa. Tylko was traktują jak baranów.


Tak, drodzy medialni potentaci. Gdybyście chcieli, zdmuchnęlibyście Palikota w parę dni. Lansujecie go celowo i jesteście od niego gorsi, bo tchórzliwie nie chcecie się do tego przyznać.


Ale to nadal nie koniec. Jest jeszcze sprawa odpowiedzialności dziennikarzy. Tak, koledzy po fachu, czas, żeby i wam ktoś rzucił to wreszcie w twarz. Współwinny jest każdy, kto traktuje wypowiedzi Palikota jak słowa normalnego polityka, z których można zrobić normalnego hitowego newsa. Rzecz jasna, jest to wina różnego kalibru. Tak jak odpowiedzialność redaktorów peerelowskich gazet przedrukowujących paszkwil Garsoniera obywatela Popiełuszki większa była niż ich szeregowych, konformistycznych wyrobników.


Inteligencja Lisa, inteligencja Palikota


Tomasz Lis nazywał wielokrotnie Palikota człowiekiem inteligentnym. Zalecam mu lekturę stenogramów z konferencji Urbana. Albo mów Goebbelsa. Obaj byli bezspornie inteligentniejsi od posła z Biłgoraja. Dodatkowo w przypadku tego ostatniego nie wiemy do końca, ile jego pomysłów jest faktycznie jego, a ile współpracowników.


Ale zgoda, niektóre pomysły ogłaszane przez Palikota są inteligentne, a ironia błyskotliwie skonstruowana. Dowcip o Gosiewskim był inteligentny. Stwierdzenie, że Palikot zmienił się podobnie jak Jarosław Kaczyński, również. Tyle że my znamy skądś ten typ inteligentnych żartów.


Urban, 3 maja 1984 r.: „Fakt, że każdy, kto zostanie aresztowany lub skazany, od razu ogłaszany jest człowiekiem ciężko chorym, zmusza do takiej refleksji: wygląda na to, że tylko ludzie ciężko chorzy zajmują się w Polsce sprzeczną z prawem działalnością polityczną! Jeśli tak jest, to humanitaryzm nakazywałby apelować, aby może tę działalność, jeśli ona już musi być prowadzona, podjęli ludzie zdrowi”. Błyskotliwe, redaktorze Lis? Nie dla osób katowanych na komisariatach albo wywożonych do lasu.


Urban, 3 maja 1983 r.: „Miło mi było zauważyć, że koledzy z zachodniej prasy widzieli manifestantów na ogół podwójnie, najwyżej poczwórnie, bo kiedyś te zwielokrotnienia bywały o wiele silniejsze, tak że tutaj można zauważyć pewien postęp”. Śmieszne? Nie dla bliskich Bogdana Włosika, Piotra Majchrzaka czy Wojtka Cieślewicza, których zastrzelono bądź zatłuczono w czasie manifestacji.


Urban, 28 września 1983 r. o czystkach na uczelniach: „Celem przeglądu kadr było zapewnienie rozwoju najbardziej uzdolnionym i twórczym pracownikom nauki przy możliwości osiągnięcia awansu, wyeliminowanie z zawodu nauczycieli akademickich osób niewywiązujących się ze swych obowiązków dydaktyczno-wychowawczych i naukowo-badawczych”. Przekorne? Nie dla tych, którzy wyrzuceni za ideową postawę stracili środki do życia.


Cóż, mistrz Goebbels też tak potrafił. Byli tacy, którzy zachwycali się jego poczuciem humoru, gdy postulował: „Wydzielić kawałki lasów wyłącznie dla Żydów i osiedlić tam zwierzynę, która diablo przypomina wyglądem Żydów – jak na przykład łoś z wielkim nosem”.
To co, koledzy dziennikarze, dowcip Goebbelsa był inteligentniejszy od SMS-a Palikota „Dlaczego do Smoleńska wyjechał kartofel, kurdupel, alkoholik, a wrócił mąż stanu? Bo Rosjanie podmienili ciało”, czy odwrotnie? Czekam na odpowiedź.


Opiekunowie niepokornych księży


„Organizator sesji politycznej wścieklizny” – pisał Urban o ks. Jerzym krótko przed jego zamordowaniem. „W kościele księdza Popiełuszki urządzane są seanse nienawiści” – dowodził w tygodniku „Tu i teraz”.


W kolejnym z felietonów pisał o innym księdzu, twórcy ruchu oazowego: „W Europie Zachodniej działa fanatyczny polityk, ks. Franciszek Blachnicki. Głosi on krucjatę przeciw komunizmowi w imię krzyża”. W 1987 r. ksiądz Blachnicki, na którego donosili najbliżsi współpracownicy, zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach. Wiele wskazuje, że został otruty.


Fanatyczny antyklerykalizm Urbana pokazywała konferencja prasowa z 18 października 1983 r., w czasie której mówił on: „Pewien ksiądz dusząc za gardło i szarpiąc 10-letniego chłopca, usiłował zmusić go do udania się do punktu katechetycznego oraz wbrew woli rodziców zabrał tam jakiegoś innego chłopca. Państwa to śmieszy? Oczywiście osób zainteresowanych to nie śmieszy”.


Wszystko to podlane miało być sosem kontestacji wobec bogoojczyźnianej estetyki, jak w jednym z felietonów: „Aprobowany może być publicysta, który obłapia Białego Orła za szyję i wpija mu się w dziób”. A może to słowa Palikota uzasadniające potrzebę czystki w TVP? Nie, jednak Urban.


Ale kiedy było mu to wygodne, Urban przemieniał się w obrońcę Kościoła. 17 czerwca 1983 r. mówił o pielgrzymce Jana Pawła II, odnotowując „próby zakłócenia uroczystości religijnych poprzez wnoszenie do nich akcentów politycznych, a także wzniecanie ulicznych zamieszek po nabożeństwach”. Stwierdzał, że „świadczą one o nieprzebieraniu w środkach przez przeciwników socjalizmu, o niepoddaniu się przez nich religijnemu nastrojowi, który towarzyszy wizycie Jana Pawła II”. Błyskotliwe, redaktorze Lis?


28 lipca Janusz Palikot złożył do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez osoby przeciwne wykopaniu krzyża ustawionego pod Pałacem Prezydenckim po tragedii smoleńskiej. „Nie myślano wówczas o wymaganych pozwoleniach, procedurach czy konsultacjach z właściwymi organami, które są niezbędne, aby wznieść jakąkolwiek budowlę zgodnie z prawem. Nie podlega zatem dyskusji, iż wzniesienie krzyża było działaniem bezprawnym” – napisał w nim.


W czasie powyborczej konferencji prasowej Palikot zaatakował też księży z „tysięcy wsi w Polsce”, którzy mieli złamać ciszę wyborczą. Oczywiście bez dowodów, bo było niemożliwe, by znał sytuację z tysięcy parafii. Ów brak dowodów tłumaczył faktem, iż „ludzie boją się tego zgłaszać i występować w takich sprawach jako świadkowie”. Zapowiedział, że zajmie się zgłoszonymi mu księżmi: „Ja się nimi zaopiekuję i podejmę odpowiednie działania”.


Trzej panowie „J” – opłacalni, chociaż znienawidzeni


Czy występy skandalisty są opłacalne dla partii władzy? Takie pytanie stawiano w NSDAP i PZPR. Stawia się je też (przepraszam, inaczej nie da się tego zestawić) w PO.

Urban bronił się przed zarzutami partyjnych krytyków we wstępie do książki Pojedynek. Przyznawał, iż wielu ludzi go nie lubi – ma zaufanie „o wiele poniżej zaufania do samego rządu”. Dowodził jednocześnie, że oglądalność jego konferencji prasowych sięga 60 proc. Tym samym jego „popularność (pozytywna i negatywna łącznie) jest niezwykle wysoka”. „Dowodem na to wielość plotek i dowcipów na mój temat po części bazujących na mankamentach mojej powierzchowności, przede wszystkim wybujałych uszach” – pisał.


Twierdził, że „badania socjologiczne stosunku do rzecznika rządu nie pozwalają na proste sprecyzowanie odpowiedzi, czy Urban bardziej szkodzi, czy pomaga rządowi”. Tłumaczył, że „jeżeli szerokie bardzo grono zwykło słuchać tego, co rzecznik mówi, to chociaż znaczna część słuchających ocenia potem ujemnie mówiącego czy wyraża mu nieufność wobec wypowiedzianych przezeń treści – mimo to jestem przekaźnikiem prawd docierających do odbiorców nawet czasem wbrew ich woli”.


Stwierdzenie, że powyższe argumenty Urbana pasują także do Palikota, to za mało. One zdecydowanie bardziej pasują do Palikota niż Urbana.


Sam Palikot tłumaczył się z podobnych zarzutów po niedawnym wniosku eurodeputowanego Filipa Kaczmarka o wyrzucenie go z PO. Pisał o swoich partyjnych krytykach: „z dziką radością zarzucali mi, że nie pomagałem Bronkowi, że moje akcje przyniosły więcej szkody niż pożytku, że mój polityczny przekaz, a zwłaszcza pamiętny wiec w Lublinie zorganizowany w kontrze do Jarosława Kaczyńskiego dał więcej minusów niż plusów”.


Palikot skutki tego, że było o nim głośno, choć często negatywnie, przedstawiał następująco: „To ja swoimi działaniami zakończyłem narodową mszę nad PiS i zdejmując smoleński baldachim z osoby kandydata tej partii na najwyższy urząd, otworzyłem pole do rzetelnej politycznej debaty”.


Także analogicznie do Urbana Palikot wskazywał na to, że wpływa na zwolenników wroga, zauważając na podstawie sondaży „stosunkowo dużą siłę przekonywania wśród elektoratu PiS, co może wypływać z niespodziewanej lewicowości tej partii tak ochoczo ogłaszanej w końcówce wyborów przez prezesa Kaczyńskiego”.


Niedawno zwolennicy wyrzucenia Palikota z PO zyskali dodatkowy argument: jego Lublin był jedyną stolicą województwa, w której Kaczyński wygrał z Komorowskim. Podobnie Urban poczuł gorycz porażki, gdy w 1989 r. przegrał wybory w Warszawie, a nawet w zdecydowanej większości komunistycznych placówek dyplomatycznych.


Palikota i Urbana pocieszyć może fakt, że ich mistrz dr Goebbels przeżywał podobne rozterki. Gdy w 1933 r. NSDAP dochodziła do władzy, zdobywając 43 proc. głosów, w Berlinie wynik Goebbelsa był o wiele słabszy – zaledwie 31 proc. Ralf Georg Reuth pisze: „Biorąc rzecz czysto rachunkowo, propaganda Goebbelsa nie pozyskała dla nazistów ani Rzeszy, ani jej stolicy. Jednakże w decydującym stopniu przyczyniła się do wzrostu ich siły i do przejęcia władzy, gdyż to właśnie propaganda nadała raczej topornemu ruchowi z południa Niemiec dynamikę; ona dopiero nadała mu rozmach”.


Trzej ludzie pióra


Goebbelsa, Urbana i Palikota łączy fakt, że byli ludźmi pióra – dziennikarzami i autorami książek, z ambicją zyskania miana pisarza. Przynajmniej w przypadku panów z Biłgoraja i Rheydt dostrzec można w tym elementy kompleksu zblazowanego prowincjusza, który wstydzi się swoich korzeni.
Wszyscy trzej – z tym że u Goebbelsa widać to do pewnego momentu – podkreślali swoją niezależność. Urban nie należał PZPR, nagłaśniał fakt, iż pisał do zamkniętego przez władze „Po prostu”. Zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego przypomniał też, że sam przez pewien okres nie mógł pisać w PRL pod własnym nazwiskiem.


Podobnie gra Palikot. Każda dyskusja w Platformie nad jego ukaraniem wzmacnia go. Jego przekaz skierowany jest do zwykłego człowieka, który uważa, że wszyscy politycy to złodzieje. Cieszy go więc, gdy któryś z tych złodziei zostanie ostro zwyzywany. Tusk czy inny Kaczyński. Dobrze tym złodziejom. Palikot podoba mu się, bo im dop... Ale gdy usłyszy, że Palikot jest z PO, pomyśli, że fajnie, iż wali w Kaczyńskiego, ale sam pewnie też jest złodziej i robi to dla swojej kliki.


Informacja, że Palikot jest represjonowany także w swojej klice, to dla niego sygnał, iż facet jest naprawdę wiarygodny i niezależny. Taki, co to ma jaja i nawet swoim potrafi się postawić.


Urban grał w to samo, nawet będąc wszechpotężnym rzecznikiem junty mającej na swoich usługach płatnych morderców. W lutym 1983 r. ogłosił, że nie będzie już pisał felietonów pod pseudonimem „Jan Rem”, bo został zaszczuty, ponieważ atakowano go za łączenie funkcji rzecznika rządu z pisaniem: „Felietony te zarżnęli ludzie nieurzędowi, głosiciele prawdy, demokracji i wolności słowa, ale: prawdy działającej na ich rzecz, demokracji dostępnej tylko dla grona integralnych demokratów i wolności słowa im schlebiającego”.


W pewnym sensie nonkonformistą także po dojściu do władzy pozostał Goebbels. Hitlerowi zdarzało się cenzurować jego nadmiernie antysemickie wystąpienia na arenie międzynarodowej.


Ujednolicony naród i jęczący marginalni dziennikarze


Skuteczność goebbelsowskiej propagandy wymaga tego, by władza miała monopol na propagandę. Pomysły, by PiS, zwalczany przez media, miał własnego Palikota, mogą zgłaszać tylko ludzie kompletnie nierozumiejący mechanizmów polityki.


Rozumiał je doskonale dr Goebbels, gdy w 1933 r. obejmował tekę szefa nowo utworzonej funkcji Ministra Rzeszy do Spraw Agitacji Narodowej i Propagandy. Miało ono jednoczyć prasę, radio, film, teatr i propagandę. Goebbels stwierdził, że naród musi „myśleć jednolicie, jednolicie reagować i z całą sympatią oddać się do dyspozycji rządowi”. Propagował hasło „zjednoczonego narodu”. Jak zapowiadał, rząd nie zadowoli się na dłuższą metę świadomością, że popiera go 52 proc., a 48 proc. jest przeciw. Te 48 proc. trzeba ugnieść i uformować, a do tego potrzebne było ujednolicenie propagandowego przekazu.

Wiedział o tym Jerzy Urban, gdy w następujących słowach uzasadniał wyrzucanie z pracy dziennikarzy w stanie wojennym: „Uważając za możliwe i prawdopodobne indywidualne powroty do zawodu, sądzę jednak, że nie byłoby z pożytkiem dla wiarygodności polskiego dziennikarstwa, gdyby po wstrząsie 13 grudnia jego skład nie odmienił się nawet o dziesięć procent”.


I – osiągając szczyty obłudy – wyjaśniał, że to sami wyrzucani winni są swojego losu: „Znaczna część dziennikarzy ponosi więc odpowiedzialność za krach polityki porozumienia przed 13 grudnia i za sam 13 grudnia. Zamiast jednak przyjąć polityczną odpowiedzialność za swoje owcze politykowanie, wyciągnąć wnioski z błędnych ocen, zrozumieć całą płyciznę międlenia kilku słów-wytrychów, które zastępowały polityczną analizę, polityczne myślenie i polityczną opcję – jęczą oni teraz, że są ofiarami wydarzeń”.


Im więcej brakuje do monopolu na informację, tym większe ryzyko, że goebbelsowskie kłamstwa i obelgi przestają być wiarygodne. Przekonał się o tym Urban, gdy PZPR przegrała wybory kontraktowe. W systemie były luki – Polacy masowo słuchali zagłuszanych przez rząd zachodnich rozgłośni, istniały tępione przez nią wydawnictwa podziemne, dzięki którym obywatele mogli usłyszeć odpowiedź na insynuacje Urbana.
Do pierwszych posunięć przyjaciela Palikota, Bronisława Komorowskiego, po wygranych wyborach prezydenckich należało – jeszcze przed zaprzysiężeniem – wstawienie swoich ludzi do KRRiTV, by przejąć media publiczne i zapewnić „ujednolicenie” przekazu głównych telewizji. Działania na rzecz tego „ujednolicenia” już wcześniej przebiegały w Polsce dość konsekwentnie. Łączyło się to harmonijnie ze wzrostem znaczenia Palikota. Rzecz jasna, w czasach internetu realizacja ideału „ujednolicenia” może napotkać na przeszkody.


Jak pamiętamy, ministerstwo Goebbelsa miało jednoczyć prasę, radio, film, teatr i propagandę (telewizji i internetu nie było). Pod rządami PO takiej instytucji oczywiście nie ma. Ale czy w praktyce wszystkie najważniejsze narzędzia kształtowania opinii nie stanowią u nas niemal jednolitej armii, tylko stworzonej w nieco inny sposób?


Owszem, za rządów PO nie ma łagrów ani obozów koncentracyjnych. Ale twierdzę, że antykaczyzm Palikota z jego pluciem na groby ludzi, którzy całe swoje życie poświęcili Polsce, akceptowanym i wspieranym przez media, jest potencjalnym nazizmem albo komunizmem in statu nascendi. Może zaowocować wszystkim, co najgorszego znamy z historii. Pamiętajmy słowa Goebbelsa, podobne zresztą do podobnych autodemaskacji ideologów komunizmu: „Jednym z największych żartów demokracji pozostanie, iż dostarczyła swemu śmiertelnemu wrogowi narzędzi, za pomocą których ją zniszczył”.


Piotr Lisiewicz

Brak komentarzy: